Niegrzeczna dziewczyna
kontynuuje swoje dzieło zniszczenia. To znaczy próbuje wyrwać Giroud. Nieważne
jak, musi się udać. Po trupach do celu, jak to mówią. Jeden trup już jest. To
znaczy będzie. Za chwilę. Ma na imię Jessica i jest głupią dziwką, która uważa,
że może mieć taką dupę na wyłączność. Podejrzewam, że to przez nią ten
przystojniak nie pozwolił mi się pocałować. Bo ją kocha i te sprawy. Mnie nie
musi kochać, ze mną ma się kochać.
Umówiłam się z niejaką
Jessicą na spotkanie, bo doszły ją słuchy, że podrywam jej narzeczonego. Cóż,
dobrze słyszała. Pewnym krokiem wchodzę do kafejki i od razu ją dostrzegam.
Szczerzy się jak Chamakh do pustej bramki. Tylko brakuje jej klasy. Minióweczka,
złote pantofelki i dekolt do pępka. Mhm, Oli lubi ostre, odnotować. Patrzy na
mnie i zjeżdża wzrokiem, gdy siadam na krześle obok.
- Double Espresso – mówię do
kelnera i odwracam się w stronę brunetki. – Jessica?
- Tak, a ty to niby
Caroline? – pyta, a brzmienie jej głosu doprowadza do szału. Błagam, laska, nie mów dużo. – Musimy
porozmawiać o moim narzeczonym, Olivierze Giroud, który gra w tym samym zespole
co twój brat, Jack. – No, słowotok po prostu. A mówiłam, że ma się nie odzywać.
Patrzę na nią i czekam aż powie o co jej chodzi. Jednak ta siedzi jak zaklęta.
Kelner podaje mi kawę, a ja upijam łyk, dalej mierząc wzrokiem Pannę Musimy Porozmawiać.
- No o co chodzi? – warczę,
bo mam już dość ciszy. Wzdycha i kręci głową.
- Nie wolno ci go podrywać,
a już tym bardziej uprawiać z nim seksu – mówi stanowczo i pewnie, a ja staram
się głośno nie roześmiać.
- Słuchaj dziunia, mam w
dupie, czy mi pozwalasz czy nie, wezmę to, czego chcę – wstaję i unoszę głos.
Jessica również zaczyna się denerwować, ale nic nie mówi. Pije powoli swoją
zieloną herbatę i uśmiecha się szyderczo. Jakby myślała, że może wygrać. – Idź wytrzep
stanik, bo ciasto ci tam wpadło. – wychodzę, zostawiając ją wściekłą, ale i
przerażoną.
No. Jedna sprawa
załatwiona. Teraz trzeba się spiknąć z Olim. A to już może być problem. Na
razie się tym jednak nie przejmuję. Niedługo znajdę sposób na Frnacuza, na
razie wystarczy my jakiś przeciętniak. Jakiegoś dzisiaj znajdę, dawno z nikim
nie spałam. Wyciągam z torby papierosa, podpalam go i mocno się zaciągam. Nie
powiem, szmata mnie trochę wkurzyła, wydając mi polecenia. Nikt, powtarzam,
nikt nigdy nie będzie dyktował mi zasad. Moje życie, moja dupa, moje zasady. Nie
pozwolę, żeby ktoś mówił mi co mam robić, to trochę nie fair, nieprawdaż?
Siadam na ławce i odpalam
kolejnego papierosa. Jestem uzależniona i dobrze mi z tym. Lepiej być uzależnionym
od fajek niż od miłości. Mój nałóg chociaż nie boli, pomijając portfel
oczywiście. Przydałaby się jeszcze butelka dobrej, szkockiej whisky, aczkolwiek
nie chcę wrócić do domu najebana jak świnia, więc zostaję przy samych fajkach.
Wyciągam z torby Igrzyska Śmierci z zamiarem przeczytania ich, ale chowam je z
powrotem po przeczytaniu kilku stron. Chyba nie jestem w nastroju do czytania
książek. Nie wiem czy jestem w nastroju do czegokolwiek, a jeśli nie jestem, to
nie wiem dlaczego. Niczego chyba nie wiem, poza tym jak się nazywam i ilu
facetów zaliczyłam. A nie, chwila, tego też nie wiem. Zastanawiam się czasem,
czy ja przypadkiem nie jestem dziwką. Ale potem wymyślam milion argumentów przeciw,
no i już wiem, że nie jestem. Po prostu lubię seks i przystojnych mężczyzn, a
wiadomo, to zawsze idzie w parze. Chcę zapalić jeszcze jednego, ale okazuje
się, że papierosy się skończyły. I zamiast iść kupić kolejną paczkę,
postanawiam iść do domu! Widzisz, Boże, zmieniam się na lepsze!
Łapię taksówkę i jadę
prosto do domu. Niedługo będę musiała wyjść, a jestem totalnie nieogarnięta.
Jednak kiedy wchodzę do domu, mam niespodziankę. Oj… dużą niespodziankę. W
przedpokoju stoją trzy walizki i to bynajmniej nie moje, więc dzięki bogu, Jack
mnie nie wypierdala. W kuchni Jack z kimś rozmawia, ale nie wiem o czym, więc idę
prosto tam, prawie zabijając się o te cholerne walizki. Niespodzianka jest
miła. Naprawdę miła. I przystojna. I nazywa się Od dzisiaj Olivier z nami mieszka.
- O kurwa – gapię się na
brata i jego kolegę i czuję, że będę
zbierać szczękę z podłogi. Francuz patrzy się na mnie z takim zaskoczeniem jak
ja na niego.
- Ona też tu mieszka? –
zwraca się do mojego brata, zupełnie już ignorując moje spojrzenia. Jack
przytakuje, a uśmiech znika z jego twarzy. Głupi chuj, jeszcze pożałuje.
- Coś jakiś niezadowolony
ten twój koleżka – puszczam mu oczko i powoli wchodzę po schodach do swojego
pokoju. Słyszę, że Giroud mówi Jackowi o tym, co się „wydarzyło” między nami i
wiem, że będę miała przejebane.
Jackie bardzo nie lubi jak
zarywam do jego kumpli z drużyny. No i staram się tego nie robić, ale na Boga,
kto nie zarywałby do Giroud? Opanowuje drżenie rąk i rzucam się na łóżko. Leżę
i patrzę w sufit, słyszę jak chłopacy wchodzą i schodzą po schodach, jak ktoś
trzaska drzwiami naprzeciwko i jak ten sam ktoś otwiera piwo. Leniwie zjeżdżam
z łóżka i staję na nogi. Pukam do nowego lokatora, ale ten nie chce otworzyć.
Pukam, pukam i pukam. Kurwa, wolałabym,
żeby to on pukał! Mnie.
- Buraku, chcę się tylko z
tobą napić! – wciąż nie otwiera. Ja bym otworzyła jakby ktoś do mnie pukał trzy
minuty. Ale nie to nie, od teraz to już nie jest wyzwanie. To jest wojna. Kto
pierwszy się złamie. Hehe, Kotku, zacznij się już rozbierać.
**
Budzą mnie promienie słońca
przedostające się przez bambusowe rolety. Nie wiem kto wymyślił bambusowe
rolety. Są kurwa piękne, ale przepuszczają światło. Na cholerę komu takie rolety
co przepuszczają światło? Potem człowiek się budzi o dziewiątej, chociaż jest
dzień wolny. Wiem, że już nie zasnę, więc leżę sobie na łóżku jeszcze trochę,
ale kiedy słyszę huk na dole, niechętnie wychodzę z łóżka. Schodzę po schodach
i widzę tego buraka, co nie wie, że nosi się koszulki.
- Jezu, jakim ty jesteś
patałachem, to aż szkoda gadać – mierzę go wzorkiem widząc pełno potłuczonych
naczyń na ziemi. – Chwila, chwila… - wśród bałaganu dostrzegam kawałki czerwono
–złotej porcelany… - Kutasie! Zbiłeś MÓJ kubek?! Mój kubek z Japonii?!
Francuz prycha i zabiera
się do sprzątania bałaganu. No ja nie wierzę! W ogóle go to nie obeszło!
Chwytam łyżkę i wale mu mocno w łeb. Nie reaguje, no to walę drugi, tym razem
chyba za mocno, bo chłopak złapał się za głowę i upuścił kawałek talerza.
- Co ty odpierdalasz
idiotko, chcesz mi połamać czaszkę?! – krzyczy i próbuje mnie złapać. Uciekam mu
i dobrze mi to wychodzi, dopóki nie wpadam na ścianę. – Sory za twój kubeczek z
Chin.
- Z Japonii, buraku. Z Chin
to ty sobie możesz kupić w Tesco – mierzymy się wzorkiem, ale wygrywam. W tym
jestem zajebista.
- Byłaś w Japonii? – pyta nagle.
- Tak, byłam w Japonii –
odpowiadam i odchodzę, chociaż wiem, że chciał jeszcze pogadać. Czuję na sobie
jego wzrok. Mhm, Caroline, kręć tyłkiem dalej, to go zdobędziesz.