sobota, 20 października 2012

[006] you do well my boy, my oh my



Dobra, wszystko ładnie pięknie, ale cos mi jednak nie pasuje. Co ja do kurwy nędzy robie w szpitalu? To znaczy, jesli to wariatkowo to nie mam pytań, ale to raczej wygląda na jakiś państwowy burdel. To znaczy ściany są brudne, bo na białym to cholernie widać. No chyba ze ktoś sobie walił konia na ściany. Wtedy nie widać. Fuj. Wyobraziłam to sobie i juz nie mam ochoty patrzeć na te ściany. Chce mi sie rzygać. Giroud siedzi na krześle obok, chociaż niedługo to wyląduje na ziemi
Nie chce go budzić. Wygląda słodko jak śpi. Tak, to wciąż Caroline Wilshere. Nieźle, nie? Wytrzymałam z nim juz cały dzien. I ani z nim nie spalam ani go nie zabiłam. Jack mówi, ze robie postępy. Jestem dzielna.
A szczerze to sie nim po prostu jaram i chce go mieć w swoim łóżku. No i może troszkę mi zależy... Ale tylko troszkę! Dziwnie mi z tym. Boje sie, ze to sie nie uda, że ktoś to zjebie, ze będę cierpieć i w końcu się schleję na śmierć.  Trudno, najwyżej. Płakał nikt nie będzie. Słyszę jak Olivier pochrapuje. Mam ochotę go za to zabić. Nie chce tu niedźwiedzia tylko seksownego Francuza. A chrapanie nie jest seksowne.
- Giroud! - krzyczę, a chwilę później śmieję sie, bo spadł z krzesła. - Smutno mi tu samej - uśmiecham sie i trzepocę rzęsami.
- Jesteś niemożliwa, wiesz? - ziewa i łapie mnie za rękę - nie możemy tutaj.
- To wróćmy do domu.... - proszę go - Dlaczego ja tu jestem, Olivier?
Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony. Nic nie powiedział, tylko wyszedł nagle z sali. Nie wiedziałam co sie dzieje, dlaczego znalazłam sie w szpitalu. Czułam, ze stało sie cos złego. Może to dlatego  Giroud jest taki miły? Może jestem teraz kaleka i wszyscy sie nade mną litują?
Moje przemyślenia przerwali Jack i Giroud, którzy weszli do sali. Oboje spoglądali na mnie z pewna niepewnością w oczach. Zaczynali mnie przerazać. To juz nie było kurwa śmieszne!
- Co jest? - zapytałam, nie mogąc dłużej znieść niepewności.
- Caro, nic nie pamiętasz?
- Jakbym pamiętała, to bym powiedziała, buraku. To znaczy zależy o co pytasz. Ogólnie pamiętam dużo rzeczy, na przykład jak spadłeś ze schodów i ujebałeś sie masłem..
- Pytam, czy nie pamiętasz nic z wczoraj - przerwał mi, kiedy zaczęłam opowiadać jedna z najbardziej wstydliwych historii Jacka W.
- Noo... - mruknęłam - byłam sobie na Victorii. I w sumie to tyle.
- Zemdlałaś tam i ktoś zadzwonił po pogotowie, a potem po mnie – wyjaśnił Jack. Odetchnęłam z ulgą, bo szczerze mówiąc myślałam, że będzie gorzej. Dużo gorzej.
            Jack próbował coś jeszcze do mnie mówić, ale przestałam go słuchać. Wpatrywałam się w Giroud, a on wpatrywał się we mnie. Tonęłam w jego błękitnych oczach, nie mogłam oderwać wzroku od jego różowych warg, od idealnych kości policzkowych. Uśmiechał się lekko, czułam, że serce bije mi coraz szybciej. Przejechał dłonią po moim odsłoniętym udzie. Wyrwałam sobie z ręki kroplówki i podeszłam do niego. Nie obchodziło mnie, czy mój brat wciąż tu jest, czy zaraz nie przyjdzie lekarz albo jakaś inna pielęgniarka, po prostu zaczęłam go całować. Na początku lekko mnie odpychał, ale po kilku sekundach zaczął odwzajemniać moje pocałunki. Po chwili to on obdarowywał mnie ognistymi pocałunkami, to on przejął inicjatywę. Całował mnie po szyi, a chwilę później po odsłoniętym obojczyku. Dłońmi błądził po całym moim ciele, doprowadzając mnie do obłędu. W końcu rzucił mnie na szpitalne łóżko, a nasze ciała złączyły się w jedność. W końcu.
**
Otwieram oczy i czuję, że ktoś mocno mnie trzyma, odwracam się i widzę Giroud. Jesteśmy w jego pokoju. No do kurwy, znów nie wiem jakim cudem się tu znalazłam. Przynajmniej jedno jest pewne. Spałam z nim, jest zajebisty. Na samo wspomnienie na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Czuję jego dotyk i mam nadzieję, że za chwilę to powtórzymy, czuję jego niebiańskie perfumy i jego gorący oddech. Działa na mnie tak, jak jeszcze nikt na mnie nie działał. Czuję, że niedługo oszaleję. Chcę go obudzić, ale uprzedza mnie. Na początku tylko patrzy mi w oczy i uśmiecha się. Po chwili i ja się uśmiecham.
- Od razu lepiej, piękna – głaszcze mnie po głowie. – Masz śliczny uśmiech.
Nie wiem, czy to jego sposób na podryw, czy naprawdę tak myśli. Wiem tylko, że się zawstydziłam. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i przytulił mocno. Nigdy nie spodziewałabym się, że może być taki kochany, cudowny. Wydawało mi się, że jest chamem i prostakiem, któremu zależy tylko na ruchaniu. Chociaż ta opcja wciąż jest możliwa. Dziwi mnie to, bo ja nie umiem się zachować jak on. Nie umiem do nikogo powiedzieć kochanie, chyba, że w żartach. Nie wyobrażam sobie, żebym kogoś komplementowała w taki sposób jak on. Nigdy nie byłam miła i nie potrafię tego zmienić. A on? Od trzech dni traktuje mnie jak księżniczkę. Robi dla mnie dosłownie wszystko. Zupełnie inna osoba.
- Wstajemy? Już jedenasta – mówi po chwili.
- Mhm – mruczę i leniwie wychodzę spod ciepłej kołdry. Dopiero po chwili zauważam, że jestem naga. Nie żeby coś, ale nie chcę latać nago po domu. Jestem piękna i w ogóle, ale wolę, żeby mój brat żył z innymi gołymi laskami w swojej bani. Zerkam niepewnie na Oliviera, a ten rzuca mi swoją koszulkę reprezentacji. – Nie włożę tego – odkładam na łóżko i czekam dalej. Chłopak śmieje się i tym razem w moje ręce trafia koszulka Arsenalu.
- Do twarzy ci w czerwonym – całuje mnie w policzek i razem schodzimy na dół.
W salonie Jack bawi się z Archiem. Patrzy na mnie tym swoim przenikliwym wzorkiem i próbuje się nie uśmiechać. Pokazuję mu język i łapię Giroud za rękę. Zdziwiony patrzy na mnie, ale nic nie mówi. Jest w tym mistrzem. W sensie, w nic nie mówieniu. A jak już mówi, to z sensem. Fajnie ma koleś. Siadam na krześle i opieram głowę o dłonie. Francuz nie czeka ani chwili, od razu zabiera się za robienie śniadania. Po dziesięciu minutach stawia przede mną kubek gorącej kawy, tosty z szynką i sałatkę owocową. Zerkam na jedzenie i na niego na przemian. Chyba nie zasługuję na to, żeby być dla mnie takim miłym.
- Mam rozumieć, że oczekujesz za to śniadanie jakiejś nagrody czy coś? – pytam, gryząc tost.
- Czemu miałbym chcieć nagrodę za zrobienie Ci śniadania?
Tym razem to ja nic nie odpowiadam. Zaskakuje mnie z każdą chwilą coraz bardziej. Próbuję odgonić od siebie myśl, że to tylko sen i skupiam się na jedzeniu. Długo jednak mi się to nie udaję, ponieważ dostrzegam, że Francuz siedzi bez koszulki. Wpatruję się z rozdziawioną gębą w jego idealnie wyrzeźbiony tors i resztą sił zapieram się, żeby się teraz na niego nie rzucić. Widzę jak przy najmniejszym ruchu napina się każdy mięsień jego ciała, niesamowicie to działa na moje zmysły. Po chwili spoglądam na jego twarz i zatapiam się w jego cudownych oczach, otoczonych wachlarzem gęstych rzęs. W końcu postanawiam skupić się jedynie na moim talerzu i jego zawartości. Okazuje się, iż był to dobry pomysł, bo udało mi się w końcu zjeść.
- Dziękuje, było przepyszne – odstawiam talerz i całuję go lekko w usta.
Zostawiam go w kuchni i idę do salonu, żeby pobawić się trochę z małym. Jack unosi znacząco brwi, ale olewam go. Biorę małego Wilshere’a na ręce i śpiewam mu jakąś piosenkę. Chłopiec uśmiecha się do mnie, a na jego policzkach widać malutkie dołeczki. Wykapany tatuś. Który swoją drogą już pobiegł do kuchni na ploteczki. Uśmiecham się pod nosem i sadzam Archiego na ziemię. Patrzę na niego i myślę, że nawet fajnie byłoby mieć takiego synka… WRÓĆ.  Wcale nie byłoby fajnie. Dzieci to tylko wkurwiające kreatury, które umieją tylko srać i beczeć. I wkurwiać mnie w autobusach, metrach i na ulicy. Po co w ogóle ludzie muszą być dziećmi? Nie można by tak od razu mieć dwadzieścia lat? Albo piętnaście? Byleby nie być gnojem. No, chyba, że jest się Archiem, jemu można wybaczyć.
- Ciocia! – woła po chwili i pokazuje rączką na swoją Arsenalową książeczkę – tata!
Spoglądam na zdjęcie, które mi pokazuje i widzę mojego brata ubranego w nową koszulkę wyjazdową. Uśmiecham się, chociaż uśmiech Archiego widzącego swojego tatusia jest bezcenny. Kilka minut później do salonu przyszli chłopacy. Mały od razu pobiegł do Jacka, a Giroud usiadł obok mnie na miękkim dywanie. Położyłam głowę na jego barku i przyglądałam się jemu tatuażowi.
- Jesteś cudowna – wyszeptał mi do ucha.
- Cudowna chłopcze, to jest woda w Licheniu – zażartowałam, chociaż nie wiem skąd znałam ten żart. Giroud oczywiście nie załapał, bo nie wie co to Licheń ani gdzie to jest. Ale podróżniczka Caroline wie.
- Co? – zapytał głupio.
- Nic, nic, głuptasie – uśmiechnęłam się i ponownie oparłam się o niego. Siedzieliśmy tak dość długo, straciłam w ogóle kontakt z rzeczywistością.
Wstałam, bo chciałam pójść i zapytać o coś Jacka, ale okazało się, że go nie ma.
- Gdzie Jack? – rzuciłam przez ramię.
- Wyszedł – poinformował mnie i włączył telewizor.
- Jak to wyszedł?
- No wiesz, założył buty, otworzył drzwi i wyszedł.
Prychnęłam. No kurwa, ale jesteś śmieszny. Poszłam na górę, położyłam się na łóżko i po chwili zasnęłam… 


hahaha, nie mogłam przypomniec sobie maila. Brawo. Jestem wsciekła. Zła. Zdesperowana. Yeah. Hell yeah. Rozdział do dupy, sory.

poniedziałek, 15 października 2012

[004] I need a hero, to save me now


- Jacky… - usiadłam na oparciu fotela, na którym siedział mój brat – Jacky, wyrzuć go stąd, proszę.
Chłopak odstawił piwo i spojrzał mi w oczy. I to wcale nie było przyjemne spojrzenie. Nie spodobała mu się moja prośba. Jak zwykle zresztą.
- Siostra, no wiesz przecież, że nie mogę…
Wybiegłam z salonu i szybko poszłam do swojego pokoju. Chwyciłam torbę, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wybiegłam z domu. Jedyne co zauważyłam, to tryumfalnie uśmiechającego się Francuza i zaskoczonego Jacka. Była ładna pogoda, świeciło słońce i było co najmniej dwadzieścia stopni. Nie wiedziałam dokąd idę, nie miałam żadnych planów. Po prostu szłam przed siebie. Wiedziałam, że w końcu i tak będę musiała podjąć jakąś decyzję. Usiadłam na ławce, wyciągnęłam z torby papierosa i, po odpaleniu go, porządnie się zaciągnęłam. Pierwszy raz w życiu nie pomogło, a tylko sprawiło, że czułam się jeszcze gorzej. Rzuciłam papierosa za siebie. Cały czas ostatkiem sił powstrzymywałam się przed płaczem. Miałam zbyt ładne kreski żeby to zepsuć. Zacisnęłam pięści i wstałam. Złapałam autobus i podjechałam na Victorię, ale na miejscu zamiast kupić jakikolwiek bilet, znów usiadłam na ławce. Otaczały mnie tysiące ludzi, szczęśliwych, zabieganych, wesołych i smutnych. Nie zwracali na mnie uwagi, na szczęście.
W końcu nie wytrzymałam, z oczu popłynęły mi łzy. Nie wiem czy to dlatego, iż w słuchawkach usłyszałam without you I’m nothing, czy po prostu za długo tłumiłam w sobie emocje. Spojrzałam na białą koszulę. Kołnierz był już cały czarny od spływających na niego łez. Nie umiałam sobie z tym wszystkim poradzić. Przegrałam, pierwszy raz w życiu przegrałam wojnę, którą sama niepotrzebnie zaczęłam. Wojnę, która pozbawiła mnie wszystkiego co było w moim życiu dobre. Straciłam brata, chłopaka i resztki szczęścia. Wszystko przez Giroud. Przeceniłam samą siebie, myślałam, że uda mi się go zdobyć. Byłam tak blisko…  Ale wtedy pojawił się Kieran. Kieran, z którym miałam spędzić jedną noc, miał mi pomóc wywołać zazdrość u Francuza. Stało się inaczej. Zakochałam się, potrafił sprawić, że jestem szczęśliwa. Cieszyłam się, kiedy widziałam jego uśmiech, cieszyłam się, że mogę robić mu rano kawę i śniadanie. Czułam, że go kocham. Giroud to zauważył. A potem zniszczył. Powiedział Kieranowi, że go zdradzam. Anglik uwierzył. Odszedł. Bez słowa.
Próbowałam namówić Jacka, żeby wypieprzył go z domu. Ale nie, przecież Olivier jest super kumplem! Nie mogłam znieść widoku jego ryja codziennie rano i wieczorem. Potem zaczął sprowadzać jakieś panienki. Nie mogłam spać, bo każda kolejna przeżywała chwilę upojenia z nim coraz głośniej. Jack nie pozwalał mi słuchać głośno muzyki o północy, więc chodziłam całymi dniami wkurwiona po trzech godzinach snu. Nie miałam gdzie pójść, z kim porozmawiać. Siedziałam całymi dniami w pokoju i piłam, albo płakałam. Dziś nie wytrzymałam, musiałam wyjść. Odciąć się od tego. Chciałam wyjechać, ale nie miałam dokąd.
Nie mam już nawet siły płakać. Cały czas ukrywam twarz w dłoniach. Jack ciągle dzwoni. Nie chcę z nim rozmawiać. Nie wiem ile już tu siedzę, ale na pewno nie zamierzam się stąd ruszać. Patrzę na jego zdjęcie. Nie umiem zostawić tego za sobą. Próbuję się do niego dodzwonić, ale od razu włącza się poczta głosowa. Tak, Caroline, straciłaś go..
Straciłam..
***
Poczułam jak ktoś mnie szturcha. Caroline, obudź się!, woła. Musiałam zasnąć na dworcu. Niechętnie otwieram oczy. Oślepia mnie biel, nie wiem co się dzieje. Widzę Jacka i kogoś jeszcze. Jego. Chcę go stąd wyrzucić, nie wiem dlaczego tu jest, czego tu szuka. Próbuję się podnieść, ale nie mogę.
- Wynoś się! – wrzeszczę, ale on się nie wynosi. Patrzy na mnie, ale nie tak jak wcześniej. Widzę ból w jego oczach.
- Zostawię was samych – mówi Jack, a ja zaczynam się bać. Nie chcę z nim zostać sam na sam.
- Przepraszam – siada na krześle obok. Wybucham śmiechem. No bo to śmieszne, prawda? Że człowiek, który zjebał Ci życie umie powiedzieć tylko przepraszam. To tak jakby.. nie wiem, nie mam nawet porównania. – Wiem, że to mało – odzywa się po chwili – ale nie wiem co mam powiedzieć.  Zależy mi na tobie. Zależało od początku, ale nie umiałem tego pokazać. Słyszałem, że się nie angażujesz… byłem zazdrosny o Gibbsa. Przepraszam – wzdycha. Nie wiem jak mam zareagować. Nie wiem co w niego tak nagle wstąpiło.
Jeszcze parę dni temu robił wszystko, żeby mnie zniszczyć. A teraz nagle mnie przeprasza i to bynajmniej nie wygląda na jakiś pierdolony żart. Gubię się, nie wiem czy tego chcę. Biję się z myślami.
- Zacznijmy jeszcze raz, od nowa – prosi.
Spoglądam w biały sufit. Nie dostaję podpowiedzi. Chwytam telefon, ale nie mam kogo poprosić o radę. W końcu patrzę w jego błękitne oczy. Zaciskam nerwowo dłonie w pięści. Przygryzam wargę. Nie wiem co się ze mną dzieje. Część mnie rwie się, żeby go pobić. Poćwiartować, udusić, zakopać. A druga część mnie chce jego. Chce go dotknąć. A ja dalej nie wiem co zrobić. Siadam na krawędzi łóżka. Widzę, że się męczy, że czeka na odpowiedź.
- Dobrze – odpowiadam po kilkunastu minutach. Na jego twarzy po raz pierwszy zagościł uśmiech. Obym tego nie żałowała..




chujowy. wiem. Z dedykacją dla Klaudii :*  za wszystko ;d

sobota, 15 września 2012

[004] Falling from the edge today


Imprezy powinny być przyjemne, prawda? Alkohol, taniec, fajne dupy, seks. Mieszanka wybuchowa. Dotychczas też myślałam, że imprezy są super, Ale zmieniłam zdanie po ostatnim wyjściu.
Chciałam wyjść do klubu, więc szybko się ogarnęłam, założyłam czarną sukienkę, idealnie podkreślającą moją zgrabną sylwetkę, włosy wyprostowałam i pomalowałam oczy czarną kredką. Nic nadzwyczajnego. Chciałam nawet zabrać ze sobą tego bufona, to znaczy Giroud, ale on stwierdził, że ma lepsze rzeczy do roboty. Poszłam więc sama do mojego ulubionego Mojito. Potańczyłam, poflirtowałam z kilkoma chłopakami i w końcu postanowiłam odpocząć. Zamówiłam sobie drinka i postanowiłam usiąść na moim ulubionym miejscu, przy moim ulubionym stoliku. Widziałam stamtąd cały parkiet, a nawet wejście, więc mogłam ogarniać czy nie pojawia się jakieś ciacho. Ale tym razem to miejsce okazało się najmniej trafnym wyborem. Oparłam się o ścianę i zobaczyłam jego. Ich. Noela, Katie i ich nowego kumpla. Chociaż słowo sponsor jest w tej sytuacji bardziej odpowiednie. No, Olivier, teraz to mi dojebałeś. Próbowałam nie wpatrywać się w mojego byłego całującego moją byłą najlepszą przyjaciółkę. Głupia dziwka. Właśnie dlatego nie ufam dziewczynom. Co chwila zerkałam na nich i zauważyłam, że najwspanialszy Olivier G. nie odrywa ode mnie wzroku. Mierzyliśmy się spojrzeniem, dopóki ten nie szturchnął Noela. Chłopak uśmiechnął się cynicznie, gdy tylko mnie dostrzegł. Obrzydzał mnie. We trójkę mierzyli mnie wzrokiem. Nie miałam szans.
Caroline 1:1 Olivier
Wstałam z kanapy, żeby porwać do tańca jakiegoś przystojniaka i zapomnieć o tym, co właśnie zobaczyłam, ale poczułam, że ktoś łapie mnie za nadgarstek. Odwróciłam się i zobaczyłam Noela.
- Spierdalaj – warknęłam, próbując wyrwać się z jego uścisku. Chłopak jednak nie ustępował. Popchnął mnie pod ścianę i zaczął całować. A raczej wepchnął mi swój język do ust. Cały czas próbowałam go odepchnąć, ale miał za dużo siły. Rozerwał ramiączko mojej sukienki. Myślałam, że to koniec. Ta sukienka kosztowała trzysta funtów, a ta cipa ja zepsuła! Zaczęłam się drzeć, ale w klubie było za głośno, żeby ktokolwiek mnie usłyszał. Zaczęłam się trochę denerwować, bo wiedziałam, czego on chce. Wprawdzie nie odmawiam seksu takim przystojniakom, ale z nim bym się nie przespała nawet gdyby mi zapłacił. W pewnej chwili ktoś odciągnął go ode mnie i wyprowadził mnie na zewnątrz. Byłam zbyt roztrzęsiona, żeby zobaczyć kto to. Podniosłam wzrok i wtedy go zobaczyłam. Podał mi swoją kurtkę i objął ramieniem.
- Dzięki, Kieran – powiedziałam cicho, tuląc się do niego.
- Nie ma za co, młoda – uśmiechnął się. Powoli się uspokajałam, zaczynałam obmyślać plan, jak mogę wykorzystać młodego Anglika.
- Odwiózłbyś mnie do domu? – zapytałam po chwili. Pokiwał głową, cały czas się uśmiechając.
Otworzył mi drzwi i dopiero kiedy zapiął mój pas, sam wsiadł do auta. Włączył muzykę, bardzo dobrą muzykę. Całą drogę spędziliśmy słuchając Arctic Monkeys. Oboje nic nie mówiliśmy, czasem tylko śpiewaliśmy fragmenty jakiejś piosenki. Kieran cały czas się uśmiechał i kątem oka co chwilę zerkał na moja podwiniętą sukienkę. Tak, tak, zrobiłam to celowo. Nie będzie trudno. Chociaż z Gibbsem nigdy nie było trudno. Kochankiem był dość słabym, ale za to facetem zajebistym.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zauważyłam, że w domu nikogo nie ma. Uśmiechnęłam się zalotnie do Anglika i pociągnęłam go do domu. Na początku trochę się opierał, ale kiedy już znaleźliśmy się w moim pokoju, stracił wszelkie wątpliwości. Rzuciłam go na łóżko i bez problemu zsunęłam jego spodnie. Chwilę później pozbyliśmy się wszystkich ubrań, a Kieran całował mnie po całym ciele. Nie liczyło się nic innego, gdy nasze ciała złączyły się w jedność. Byliśmy tylko my dwoje.
**
Obudziłam się, czując, że ktoś mnie obejmuje. Spojrzałam na mojego kochanka. Ahhh, no tak, Gibbs. No muszę przyznać, że się poprawił od naszego ostatniego spotkania. Bardzo się poprawił. Mniam. Punktuje sobie u mnie. Szturchnęłam go, a on po chwili obudził się i pocałował mnie w policzek.
- Część, rudy aniele – nachylił się nade mną i odgarnął włosy z mojej twarz. Cały czas się uśmiechał, co zaczynało mnie już wkurwiać. Chyba za dużo sobie wyobrażał.
- No hej – podniosłam się  z łóżka – Chodź, idziemy na śniadanie.
Włożyłam stanik i krótkie spodenki, narzuciłam na siebie szlafrok. Odwróciłam się, czekając na mojego kolegę. To znaczy kochanka. Jak zwał, tak zwał. Kieran w końcu zwlekł się z łóżka, założył bokserki i razem ze mną zszedł na dół.
- No do kurwy – warknęłam, widząc Giroud w kuchni. Wymienili z Kieranem zaskoczone spojrzenia, ale się nie przywitali. Anglik objął mnie ramieniem, co bardzo mnie zdziwiło. – Oli, kochanie – zaczęłam miło, aby po chwili dodać – spierdalaj.
- Ani mi się śni, słoneczko – odpowiedział zjadliwie – Usiądźcie sobie – wskazał na dwa krzesła naprzeciwko.
Dla swiętego spokoju Anglik usiadł na krześle, ale ja nie miałam tego w planach. Jedzenie z nim w jednym pomieszczeniu, to tak jak jedzenie krowiego gówna. Chociaż nie wiem czy to pierwsze nie jest gorsze. Postanowiłam zrobić śniadanie i zjeść je z Kieranem na tarasie, póki pogoda nam na to pozwalała. Widziałam jak Giroud się na mnie gapi, jak obserwuje każdy mój ruch. Nieprzypadkowo nie wkładałam bluzki.
- Zabieraj te swoje wielkie, śmierdzące stopy –kopię go po kostkach, bo uniemożliwia mi dojście do zlewu.
- Wiesz co mówią o dużych stopach? – pyta po jakiejś minucie. No, no, zaskakuje mnie jego refleks.
- Wiem, ale jak patrzę na ciebie, to widzę, że to bujda – w końcu kopię go tak mocno, że zabiera nogi.
- Słuchaj… - zachodzi mnie od tyłu.
- Nie, to ty słuchaj. – odwracam się i patrzymy sobie w oczy – widzisz ten kij, tam w kącie? Jak się nie zamkniesz, to wsadzę ci go tak głęboko w dupę, że wylezie nosem i zatańczy waka waka w ogrodzie.
Jak zwykle nie wie, co mi odpowiedzieć. Zostawiamy go i idziemy na taras. Pożałuje tego, że się urodził.




sorry, że krótki i beznadziejny, ale chwilowo opusciła mnie wena :/ Z dedykacją dla Dominiki :D:*

sobota, 1 września 2012

[003] Losing my faith today


Mam areszt domowy. Czaicie to kurwa? Mam dwadzieścia lat, mieszkam z  bratem i mam areszt domowy. Który zarządził mój brat, jak dowiedział się, że podrywam jego kumpla z drużyny. Nie mogę też pić alkoholu, bo sobie nie kupiłam, a nie mogę wyjść z domu, bo Jack mnie zabije jak się dowie. Z pokoju też lepiej jak za często nie wychodzę, bo zawsze mogę natknąć się na tego pajaca i przypadkiem pierdolnąć w niego tak mocno, że oboje sie przewrócimy i dojdzie do jakiegoś stosunku płciowego. W sensie seksu. Albo, że przypadkiem moje usta znajdą się na wysokości metra osiemdziesiąt cztery i dotkną jego ust, a mój język przypadkiem sobie wejdzie do jego ust. Krótko mówiąc, mój brat uważa, że chcę zgwałcić jego kumpla. Można w ogóle zgwałcić chłopaka? Co ja mam go kurwa rozebrać, zrobić mu loda i go gwałcić? Ja nie wiem jak można być takim debilem, żeby myśleć, że Twoja siostra umie gwałcić. No ja nawet jak gwałcicielka nie wyglądam!
     Tak więc siedzę teraz w pokoju, objadam się ciastkami w czekoladzie i czatuję na Twitterze. Nie na piłkarzy oczywiście, bo jeszcze przypadkiem jakiegoś zgwałcę przez internet. Próbuję sobie znaleźć tam znajomych, bo mojemu braciszkowi nie pasuje, że szlajam się tylko po pubach, gdzie robię nie wiadomo co z nie wiadomo kim, a nikt mnie nie pilnuję i jeszcze przypadkiem jego mała siostrzyczka może zostać skrzywdzona. No to szukam jakichś normalnych ludzi w tym internetowym śmietniku, ale nie mogę nic znaleźć. Nikt nie odpowiada moim wymaganiom, serio. Z dziewczynami nie mogę pogadać, bo jak fanka Arsenalu, to jara się Giroud, a ja nie mogę, bo Jack zobaczy i mnie  posieka i wrzuci do Tamizy. A z chłopakiem mogę pogadać albo o piłce, albo o tym kiedy mnie przeleci. Też odpada. Dlatego ustaliłam sobie, że po zobaczeniu profilu jednej osoby, zjadam jedno ciastko. Czas wolniej płynie, jem pyszne przekąski i dupa mi rośnie. No, będzie czym pokręcić.
     Słyszę, że ktoś wchodzi do domu. Pewnie Jack. Może się nie obrazi jak zejdę do niego, żeby sobie z nim pogadać. Czuję się w tym pokoiku bardzo samotna, a ciastka to moi jedyni przyjaciele. A ja je zjadam. Zjadam swoich przyjaciół. Olaboga! Hannibal jestem... albo ciasteczkowy potwór. Sama nie wiem, która postać fajniejsza. Będę obiema. Będę kurwa wszystkim! Panią wszechś...
     - Kurwa, no co ty robisz dziewczyno? - nie uwierzycie. Spadłam ze schodów. Pierdolnęłam w tego kto przyszedł, a dodam, że to wcale nie był Jack. I teraz na sobie leżymy. O Jezu, jestem gwałcicielką. - No złaź ze mnie!
     - Sory... - mówię cicho i czuję, że wstawanie to nie był dobry pomysł. Złapałam się barierki i z trudem przeszłam połowę schodów. Cholernie kręciło mi się w głowie, ale i tak nie miałam innego wyjścia. Może się uda. A może nie…
***
     Budzi mnie ból. Ogromny ból. Jakbym miała połamane wszystkie kości. Z trudem otwieram oczy i domyślam się, że leżę na kanapie w salonie. Nie za bardzo pamiętam jakim cudem się tu znalazłam. No na pewno się nie napiłam i cudem tu nie dotarłam. Ta, spadłam ze schodów. Raz na Giroud i drugi raz na kafelki. Ktoś mnie musiał przenieść.
     - Jack? – pytam.
     - Leż – odpowiada mi ktoś, ale to na pewno nie jest mój brat. Przytrzymuje moją rękę, kiedy próbuję się podnieść. Odwracam wzrok i widzę, że na fotelu siedzi Francuz. – Dobrze się czujesz?
- Tak, świetnie. Bo tak przeważnie czują się osoby, które spierdoliły się  ze schodów i zajebały z całej siły głową o kafelki, nie?- warknęłam sarkastycznie.
- Musisz być taka niemiła? Pomogłem ci – wlepia we mnie swoje błękitne ślepia.
- A czy ty musisz niszczyć mi życie? – złość powoli we mnie narasta, chłopczyk jeszcze pożałuje, że zaczął. Wpatruje się we mnie zaskoczony. – No co się tak gapisz jak ciele w malowane wrota? Od kiedy tu jesteś wszystko, co było między mną a Jackiem się psuje! Kurwa, przez ciebie nie mogę wyjść z domu, nie mogę nawet normalnie iść się wysikać, bo jeszcze przypadkiem trafię w kiblu na ciebie! Już wystarczająco wiele rzeczy źle mi się ułożyło, więc albo zostaw mnie w spokoju raz na zawsze, albo pożałujesz. Chciałeś się zabawić i sprawdzić kto wygra tę pojebaną gierkę? – wrzeszczę, a z każdym kolejnym słowem chłopak staje się co raz bardziej przerażony. – To ja ci powiem. Wygrałeś. Wygrałeś, chociaż nie wiem co ci z takiej wygranej. Ani mnie nie zaliczyłeś, ani nie zaliczysz. Zadowolony!? – przypływ adrenaliny sprawia, że podnoszę się z sofy i wbiegam szybko na górę. Zamykam drzwi kluczykiem i rzucam się na łózko.
     Jeszcze prze chwilę nie czuję bólu. Leżę i tępo wpatruję się w sufit. Giroud myśli, że wygrał wojnę. A wygrał tylko i wyłącznie jedną bitwę. Jeszcze mu pokażę, co to znaczy mieszkać pod jednym dachem z Caroline Rachel Wilshere. Będzie żałował, że kiedykolwiek postawił swoją nogę w Londynie. Nie obchodzi mnie nawet to, że niedługo wróci Jack i możliwe, że wkurzy się na mnie jeszcze bardziej. Mam to gdzieś. Potrzebuję odpoczynku, spokoju. Przypływ adrenaliny minął i czuję jak ból rozsadza mi czaszkę. Czuję, że każda osobna część ciała mnie boli. Możliwe, że połamałam żebra, bo każdy kolejny oddech sprawia mi ból.
     Gdy tak leżę na swoim łóżku, słyszę, że ktoś cicho puka do moich drzwi. Ignoruję to, nie mam ochoty z nikim rozmawiać, ani na nikogo patrzeć. Mogę tu umrzeć w samotności.
- Caro… - a więc to Jack – Caro, chciałbym pogadać.
- Nie mogę się podnieść z łóżka, braciszku – mówię najgłośniej jak się da. Po chwili brat siedzi już obok mnie na łóżku i delikatnie odgarnia włosy z twarzy.
     Nie krzyczy na mnie, na początku w ogóle nic nie mówi. Po prostu przytula mnie i pozwala się wypłakać. Wie, że cierpię. Tylko pewnie nie wie dlaczego. Zaraz wyskoczy mi z tekstem, że może jakiś facet dawno temu mnie zranił  i takie tam, a mnie po prostu napierdala głowa.
- Słuchaj, Caro, wiem, że nie jest ci łatwo – zaczyna, a ja po raz pierwszy nie wiem z czym mi nie jest łatwo. Z bólem głowy? No nie jest, to fakt. Jednak jego kolejne słowa zbijają mnie z pantałyku.  – Każdy czasem czuje się odrzucony, ale uwierz, Olivier to nie jest jedyny facet na ziemi.
- Ja pierdole, Jack, skończ – patrzę na niego z niemałym przerażeniem. Ja nie czuję się odrzucona, do cholery! – Ja po prostu spadłam ze schodów.
- Caro, rozumiem, że to odrzucenie boli, bo jesteś naprawdę piękną dziewczyną…
- Jezu, przestań opowiadać jakieś farmazony, Wilshere! – krzyczę, bo wiem, że dłużej takich głupot nie będę mogła słuchać. – Powiem to tylko raz. Słuchaj uważnie. Spadłam ze schodów i bardzo boli mnie głowa, mam w dupie Giroud, a bardziej odrzucona czułam się, kiedy nasz pies podbiegł do ciebie zamiast do mnie. Chciałam tylko przelecieć twojego kolegę, bo taka jestem. Lubię seks. Bardziej niż fajki, czyli bardzo. A co noc z innym lubię bardziej niż alkohol. Chciałam go mieć na jedną noc, ale się nie udało, trudno. Ale nikt mnie nie odrzucił do cholery!
- Nie wierzę… - Jack wstaje z łóżka i patrzy na mnie… zdegustowany. Jego wzrok boli bardziej niż jakiekolwiek słowa. Patrzy tak, jakby mną gardził.
- Jackie…
- Daj mi spokój –wychodzi, głośno trzaskając drzwiami, a ja czuję, że zalewam się łzami.
***
     Minęły dwa tygodnie od kiedy ucięliśmy sobie z Jackiem krótką rozmowę. Na szczęście wszystko wróciło do normy, dalej jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i już nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Powiedzieliśmy sobie wszystko i teraz czuję się o wiele lepiej, bo wiem, że nie muszę już niczego ukrywać, chociaż mój brat nie do końca wszystko toleruje. Ale jeśli mogę powiedzieć, że Jack nie do końca cos toleruje, to co dopiero powiedzieć o księciu Olivierze. Chuj go strzela, jak widzi kolejnego faceta wymykającego się rano z domu. Ostatnio przyłapałam go jak się gapił na mnie i jednego z moich kochanków. Niby przyszedł tylko do kuchni, ale w gazecie to chyba sobie zrobił dziurki na oczy, żeby podglądać jak się zabawiamy. Pornos na żywo, pewnie był przeszczęśliwy. Oczywiście w salonie uprawiam seks tylko po to, żeby poczuł się zazdrosny. Żeby zobaczył co stracił. Jeszcze do mnie nie przybiegł, ale to oczywiście nie oznacza, że tego nie zrobi. Już zaczyna się do mnie nawet odzywać, tyle, że tym razem to ja go olewam. Taka mała zamiana ról.
     Żebra już mnie przestały boleć i bez problemu podnoszę się z łózka. Spoglądam w duże lustro i widzę zgrabną dziewczynę z długimi czerwonymi włosami, ubraną w bardzo krótką koszulę nocną. Jak się schylam to widać mi tyłek. A jak się przyjrzeć, to nie tylko. Wkładam kapcie i schodzę na dół, gdzie zastaję Giroud. Na początku mnie nie zauważa, bo jestem cichutka jak myszka i dopiero kiedy podchodzę do lodówki, żeby wyciągnąć jogurt, dostrzega mnie.
- Dzień dobry – mówi, uśmiechając się zalotnie. Zanim zdążę odpowiedzieć z rąk wypada mi łyżeczka i schylam się żeby ją podnieść. Niby nie ładnie tak tyłem do gościa, ale…
- Wiesz co? – pytam, widząc kubek, który z niewyjaśnionych przyczyn znalazł się na podłodze. – Jak będę kręcić film to dam ci główną rolę.
- A co to będzie za film? Pornos? – podchodzi bliżej mnie i zmysłowo oblizuje usta. Noo, to mi się podoba. Ocieram się o niego i przygryzam wargę.
- Nie, katastroficzny – rzucam przez ramię i odchodzę ze swoim jogurtem.
Caroline 1 :0 Olivier. A więc gra się jeszcze nie skończyła.

            Mogę szczerze powiedzieć, że Pan Idealne Pośladki zaczyna powoli ulegać mojemu urokowi. Mhm, a jakby tak zobaczył jakie mam boskie wnętrze… No tak, jeszcze zobaczy, tylko będzie musiał się trochę bardziej o to postarać. Wcześniej było łatwo, teraz nie będzie. Obym mu się tylko nie znudziła, bo wtedy to będzie gra bez końca. Przeczesuję palcami włosy i zastanawiam się, co dzisiaj będę robić. Mogę wyjść na miasto, albo wyjść na miasto. No ewentualnie wyjść na miasto. Skoro mam taki trudny wybór, to wyjdę na miasto. Przy dobrych wiatrach znajdę nowego kochanka. A może dziś będę grzeczna i tylko się napiję? Hmm, tak wiele trudnych wyborów w moim nędznym życiu…


Ale to jest beznadziejne. Eh. Z dedykacją dla moich fanów! I Markusa :D

niedziela, 26 sierpnia 2012

[002] I'm just the breath away


Niegrzeczna dziewczyna kontynuuje swoje dzieło zniszczenia. To znaczy próbuje wyrwać Giroud. Nieważne jak, musi się udać. Po trupach do celu, jak to mówią. Jeden trup już jest. To znaczy będzie. Za chwilę. Ma na imię Jessica i jest głupią dziwką, która uważa, że może mieć taką dupę na wyłączność. Podejrzewam, że to przez nią ten przystojniak nie pozwolił mi się pocałować. Bo ją kocha i te sprawy. Mnie nie musi kochać, ze mną ma się kochać.
Umówiłam się z niejaką Jessicą na spotkanie, bo doszły ją słuchy, że podrywam jej narzeczonego. Cóż, dobrze słyszała. Pewnym krokiem wchodzę do kafejki i od razu ją dostrzegam. Szczerzy się jak Chamakh do pustej bramki. Tylko brakuje jej klasy. Minióweczka, złote pantofelki i dekolt do pępka. Mhm, Oli lubi ostre, odnotować. Patrzy na mnie i zjeżdża wzrokiem, gdy siadam na krześle obok.
- Double Espresso – mówię do kelnera i odwracam się w stronę brunetki. – Jessica?
- Tak, a ty to niby Caroline? – pyta, a brzmienie jej głosu doprowadza do szału. Błagam, laska, nie mów dużo. – Musimy porozmawiać o moim narzeczonym, Olivierze Giroud, który gra w tym samym zespole co twój brat, Jack. – No, słowotok po prostu. A mówiłam, że ma się nie odzywać. Patrzę na nią i czekam aż powie o co jej chodzi. Jednak ta siedzi jak zaklęta. Kelner podaje mi kawę, a ja upijam łyk, dalej mierząc wzrokiem Pannę Musimy Porozmawiać.
- No o co chodzi? – warczę, bo mam już dość ciszy. Wzdycha i kręci głową.
- Nie wolno ci go podrywać, a już tym bardziej uprawiać z nim seksu – mówi stanowczo i pewnie, a ja staram się głośno nie roześmiać.
- Słuchaj dziunia, mam w dupie, czy mi pozwalasz czy nie, wezmę to, czego chcę – wstaję i unoszę głos. Jessica również zaczyna się denerwować, ale nic nie mówi. Pije powoli swoją zieloną herbatę i uśmiecha się szyderczo. Jakby myślała, że może wygrać. – Idź wytrzep stanik, bo ciasto ci tam wpadło. – wychodzę, zostawiając ją wściekłą, ale i przerażoną.
No. Jedna sprawa załatwiona. Teraz trzeba się spiknąć z Olim. A to już może być problem. Na razie się tym jednak nie przejmuję. Niedługo znajdę sposób na Frnacuza, na razie wystarczy my jakiś przeciętniak. Jakiegoś dzisiaj znajdę, dawno z nikim nie spałam. Wyciągam z torby papierosa, podpalam go i mocno się zaciągam. Nie powiem, szmata mnie trochę wkurzyła, wydając mi polecenia. Nikt, powtarzam, nikt nigdy nie będzie dyktował mi zasad. Moje życie, moja dupa, moje zasady. Nie pozwolę, żeby ktoś mówił mi co mam robić, to trochę nie fair, nieprawdaż?
Siadam na ławce i odpalam kolejnego papierosa. Jestem uzależniona i dobrze mi z tym. Lepiej być uzależnionym od fajek niż od miłości. Mój nałóg chociaż nie boli, pomijając portfel oczywiście. Przydałaby się jeszcze butelka dobrej, szkockiej whisky, aczkolwiek nie chcę wrócić do domu najebana jak świnia, więc zostaję przy samych fajkach. Wyciągam z torby Igrzyska Śmierci  z zamiarem przeczytania ich, ale chowam je z powrotem po przeczytaniu kilku stron. Chyba nie jestem w nastroju do czytania książek. Nie wiem czy jestem w nastroju do czegokolwiek, a jeśli nie jestem, to nie wiem dlaczego. Niczego chyba nie wiem, poza tym jak się nazywam i ilu facetów zaliczyłam. A nie, chwila, tego też nie wiem. Zastanawiam się czasem, czy ja przypadkiem nie jestem dziwką. Ale potem wymyślam milion argumentów przeciw, no i już wiem, że nie jestem. Po prostu lubię seks i przystojnych mężczyzn, a wiadomo, to zawsze idzie w parze. Chcę zapalić jeszcze jednego, ale okazuje się, że papierosy się skończyły. I zamiast iść kupić kolejną paczkę, postanawiam iść do domu! Widzisz, Boże, zmieniam się na lepsze!
Łapię taksówkę i jadę prosto do domu. Niedługo będę musiała wyjść, a jestem totalnie nieogarnięta. Jednak kiedy wchodzę do domu, mam niespodziankę. Oj… dużą niespodziankę. W przedpokoju stoją trzy walizki i to bynajmniej nie moje, więc dzięki bogu, Jack mnie nie wypierdala. W kuchni Jack z kimś rozmawia, ale nie wiem o czym, więc idę prosto tam, prawie zabijając się o te cholerne walizki. Niespodzianka jest miła. Naprawdę miła. I przystojna. I nazywa się Od dzisiaj Olivier z nami mieszka.
- O kurwa – gapię się na brata i jego kolegę  i czuję, że będę zbierać szczękę z podłogi. Francuz patrzy się na mnie z takim zaskoczeniem jak ja na niego.
- Ona też tu mieszka? – zwraca się do mojego brata, zupełnie już ignorując moje spojrzenia. Jack przytakuje, a uśmiech znika z jego twarzy. Głupi chuj, jeszcze pożałuje.
- Coś jakiś niezadowolony ten twój koleżka – puszczam mu oczko i powoli wchodzę po schodach do swojego pokoju. Słyszę, że Giroud mówi Jackowi o tym, co się „wydarzyło” między nami i wiem, że będę miała przejebane.
Jackie bardzo nie lubi jak zarywam do jego kumpli z drużyny. No i staram się tego nie robić, ale na Boga, kto nie zarywałby do Giroud? Opanowuje drżenie rąk i rzucam się na łóżko. Leżę i patrzę w sufit, słyszę jak chłopacy wchodzą i schodzą po schodach, jak ktoś trzaska drzwiami naprzeciwko i jak ten sam ktoś otwiera piwo. Leniwie zjeżdżam z łóżka i staję na nogi. Pukam do nowego lokatora, ale ten nie chce otworzyć. Pukam, pukam  i pukam. Kurwa, wolałabym, żeby to on pukał! Mnie.
- Buraku, chcę się tylko z tobą napić! – wciąż nie otwiera. Ja bym otworzyła jakby ktoś do mnie pukał trzy minuty. Ale nie to nie, od teraz to już nie jest wyzwanie. To jest wojna. Kto pierwszy się złamie. Hehe, Kotku, zacznij się już rozbierać.
**
Budzą mnie promienie słońca przedostające się przez bambusowe rolety. Nie wiem kto wymyślił bambusowe rolety. Są kurwa piękne, ale przepuszczają światło. Na cholerę komu takie rolety co przepuszczają światło? Potem człowiek się budzi o dziewiątej, chociaż jest dzień wolny. Wiem, że już nie zasnę, więc leżę sobie na łóżku jeszcze trochę, ale kiedy słyszę huk na dole, niechętnie wychodzę z łóżka. Schodzę po schodach i widzę tego buraka, co nie wie, że nosi się koszulki.
- Jezu, jakim ty jesteś patałachem, to aż szkoda gadać – mierzę go wzorkiem widząc pełno potłuczonych naczyń na ziemi. – Chwila, chwila… - wśród bałaganu dostrzegam kawałki czerwono –złotej porcelany… - Kutasie! Zbiłeś MÓJ kubek?! Mój kubek z Japonii?!
Francuz prycha i zabiera się do sprzątania bałaganu. No ja nie wierzę! W ogóle go to nie obeszło! Chwytam łyżkę i wale mu mocno w łeb. Nie reaguje, no to walę drugi, tym razem chyba za mocno, bo chłopak złapał się za głowę i upuścił kawałek talerza.
- Co ty odpierdalasz idiotko, chcesz mi połamać czaszkę?! – krzyczy i próbuje mnie złapać. Uciekam mu i dobrze mi to wychodzi, dopóki nie wpadam na ścianę. – Sory za twój kubeczek z Chin.
- Z Japonii, buraku. Z Chin to ty sobie możesz kupić w Tesco – mierzymy się wzorkiem, ale wygrywam. W tym jestem zajebista.
- Byłaś w Japonii? – pyta nagle.
- Tak, byłam w Japonii – odpowiadam i odchodzę, chociaż wiem, że chciał jeszcze pogadać. Czuję na sobie jego wzrok. Mhm, Caroline, kręć tyłkiem dalej, to go zdobędziesz.