poniedziałek, 15 października 2012

[004] I need a hero, to save me now


- Jacky… - usiadłam na oparciu fotela, na którym siedział mój brat – Jacky, wyrzuć go stąd, proszę.
Chłopak odstawił piwo i spojrzał mi w oczy. I to wcale nie było przyjemne spojrzenie. Nie spodobała mu się moja prośba. Jak zwykle zresztą.
- Siostra, no wiesz przecież, że nie mogę…
Wybiegłam z salonu i szybko poszłam do swojego pokoju. Chwyciłam torbę, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wybiegłam z domu. Jedyne co zauważyłam, to tryumfalnie uśmiechającego się Francuza i zaskoczonego Jacka. Była ładna pogoda, świeciło słońce i było co najmniej dwadzieścia stopni. Nie wiedziałam dokąd idę, nie miałam żadnych planów. Po prostu szłam przed siebie. Wiedziałam, że w końcu i tak będę musiała podjąć jakąś decyzję. Usiadłam na ławce, wyciągnęłam z torby papierosa i, po odpaleniu go, porządnie się zaciągnęłam. Pierwszy raz w życiu nie pomogło, a tylko sprawiło, że czułam się jeszcze gorzej. Rzuciłam papierosa za siebie. Cały czas ostatkiem sił powstrzymywałam się przed płaczem. Miałam zbyt ładne kreski żeby to zepsuć. Zacisnęłam pięści i wstałam. Złapałam autobus i podjechałam na Victorię, ale na miejscu zamiast kupić jakikolwiek bilet, znów usiadłam na ławce. Otaczały mnie tysiące ludzi, szczęśliwych, zabieganych, wesołych i smutnych. Nie zwracali na mnie uwagi, na szczęście.
W końcu nie wytrzymałam, z oczu popłynęły mi łzy. Nie wiem czy to dlatego, iż w słuchawkach usłyszałam without you I’m nothing, czy po prostu za długo tłumiłam w sobie emocje. Spojrzałam na białą koszulę. Kołnierz był już cały czarny od spływających na niego łez. Nie umiałam sobie z tym wszystkim poradzić. Przegrałam, pierwszy raz w życiu przegrałam wojnę, którą sama niepotrzebnie zaczęłam. Wojnę, która pozbawiła mnie wszystkiego co było w moim życiu dobre. Straciłam brata, chłopaka i resztki szczęścia. Wszystko przez Giroud. Przeceniłam samą siebie, myślałam, że uda mi się go zdobyć. Byłam tak blisko…  Ale wtedy pojawił się Kieran. Kieran, z którym miałam spędzić jedną noc, miał mi pomóc wywołać zazdrość u Francuza. Stało się inaczej. Zakochałam się, potrafił sprawić, że jestem szczęśliwa. Cieszyłam się, kiedy widziałam jego uśmiech, cieszyłam się, że mogę robić mu rano kawę i śniadanie. Czułam, że go kocham. Giroud to zauważył. A potem zniszczył. Powiedział Kieranowi, że go zdradzam. Anglik uwierzył. Odszedł. Bez słowa.
Próbowałam namówić Jacka, żeby wypieprzył go z domu. Ale nie, przecież Olivier jest super kumplem! Nie mogłam znieść widoku jego ryja codziennie rano i wieczorem. Potem zaczął sprowadzać jakieś panienki. Nie mogłam spać, bo każda kolejna przeżywała chwilę upojenia z nim coraz głośniej. Jack nie pozwalał mi słuchać głośno muzyki o północy, więc chodziłam całymi dniami wkurwiona po trzech godzinach snu. Nie miałam gdzie pójść, z kim porozmawiać. Siedziałam całymi dniami w pokoju i piłam, albo płakałam. Dziś nie wytrzymałam, musiałam wyjść. Odciąć się od tego. Chciałam wyjechać, ale nie miałam dokąd.
Nie mam już nawet siły płakać. Cały czas ukrywam twarz w dłoniach. Jack ciągle dzwoni. Nie chcę z nim rozmawiać. Nie wiem ile już tu siedzę, ale na pewno nie zamierzam się stąd ruszać. Patrzę na jego zdjęcie. Nie umiem zostawić tego za sobą. Próbuję się do niego dodzwonić, ale od razu włącza się poczta głosowa. Tak, Caroline, straciłaś go..
Straciłam..
***
Poczułam jak ktoś mnie szturcha. Caroline, obudź się!, woła. Musiałam zasnąć na dworcu. Niechętnie otwieram oczy. Oślepia mnie biel, nie wiem co się dzieje. Widzę Jacka i kogoś jeszcze. Jego. Chcę go stąd wyrzucić, nie wiem dlaczego tu jest, czego tu szuka. Próbuję się podnieść, ale nie mogę.
- Wynoś się! – wrzeszczę, ale on się nie wynosi. Patrzy na mnie, ale nie tak jak wcześniej. Widzę ból w jego oczach.
- Zostawię was samych – mówi Jack, a ja zaczynam się bać. Nie chcę z nim zostać sam na sam.
- Przepraszam – siada na krześle obok. Wybucham śmiechem. No bo to śmieszne, prawda? Że człowiek, który zjebał Ci życie umie powiedzieć tylko przepraszam. To tak jakby.. nie wiem, nie mam nawet porównania. – Wiem, że to mało – odzywa się po chwili – ale nie wiem co mam powiedzieć.  Zależy mi na tobie. Zależało od początku, ale nie umiałem tego pokazać. Słyszałem, że się nie angażujesz… byłem zazdrosny o Gibbsa. Przepraszam – wzdycha. Nie wiem jak mam zareagować. Nie wiem co w niego tak nagle wstąpiło.
Jeszcze parę dni temu robił wszystko, żeby mnie zniszczyć. A teraz nagle mnie przeprasza i to bynajmniej nie wygląda na jakiś pierdolony żart. Gubię się, nie wiem czy tego chcę. Biję się z myślami.
- Zacznijmy jeszcze raz, od nowa – prosi.
Spoglądam w biały sufit. Nie dostaję podpowiedzi. Chwytam telefon, ale nie mam kogo poprosić o radę. W końcu patrzę w jego błękitne oczy. Zaciskam nerwowo dłonie w pięści. Przygryzam wargę. Nie wiem co się ze mną dzieje. Część mnie rwie się, żeby go pobić. Poćwiartować, udusić, zakopać. A druga część mnie chce jego. Chce go dotknąć. A ja dalej nie wiem co zrobić. Siadam na krawędzi łóżka. Widzę, że się męczy, że czeka na odpowiedź.
- Dobrze – odpowiadam po kilkunastu minutach. Na jego twarzy po raz pierwszy zagościł uśmiech. Obym tego nie żałowała..




chujowy. wiem. Z dedykacją dla Klaudii :*  za wszystko ;d

1 komentarz:

  1. awwwww, Giroud Ty chamie. Co z tego, że to był Gibbs, ale, no nie powinien tak. Chciałabym się pomądralować, ale... CZEMU TO TAKIE KRÓTKIE?!
    buziak.

    OdpowiedzUsuń