sobota, 25 sierpnia 2012

[001] I'm just the step away


Nie jest dobrze, kiedy zamiast pracować, upijasz się w podmiejskim pubie do upadłego.  Szczególnie jeśli jest trzecia w nocy, a Ty wiesz, że z powrotem do domu będzie ciężko. Bardzo, bardzo ciężko. Mimo tego obracasz kieliszek za kieliszkiem, browar za browarem, ciągle prosisz barmana o następne shoty. W końcu zostajesz przy barze sam, a głowa opada Ci bezwładnie na blat, kieliszek się przewraca, jego zawartość się wylewa i wtedy urywa Ci się film.
Tak właśnie skończyło się moje ostatnie wyjście na miasto. Nawet nie wylądowałam na mieście. Nie wiem jakim cudem znalazłam się poza Londynem, a już tym bardziej, jak wróciłam do domu. Jedyne, co pamiętam, to kilkanaście nieodebranych telefonów od Bree, mojej pieprzniętej szefowej i dwa od Noela, mojego chłopaka. To znaczy już byłego chłopaka. Musiałam odreagować po tym, jak dowiedziałam się, że zdradza mnie z jakąś hiszpańską dziwką. Jakby tego było mało, nie chciał się do tego przyznać i dowiedziałam się od jego najlepszego kumpla, który nie mógł już znieść tego, że tak cierpię. Psychol. Wcale nie cierpiałam, bo o niczym nie miałam pojęcia. Ale Mark musiał się pochwalić nowinkami ze świata Noela, no i tak jakoś wyszło.
Nie jest fajnie być okłamywaną. Ale bez pracy też wcale nie jest najweselej. Od tygodnia szukam nowej i nic. Myśl, że za kilka dni dostanę nakaz o eksmisji mogłaby być nawet podniecająca, gdyby nie to, że naprawdę dostanę takie pisemko. Potrzebuję pracy, pieniędzy, faceta i seksu. A, no i fajek. Ale to sprawa drugorzędna. Gdyby tak los się do mnie uśmiechnął…  Dobra, wczoraj się uśmiechnął, mogłam dostać pracę w jakimś tam pubie, tylko, że wylali by mnie po jednym dniu, bo alkohol też lubię. Nie jestem alkoholiczką, no ale jakieś tam ilości pochłaniam, ponoć zbyt duże.
Powinnam wyjść z domu, ale tak cholernie mi się nie chce, że od siedmiu godzin chodzę po domu w samej bieliźnie, bo tylko tyle zdążyłam założyć. Później się ubiorę, mam jeszcze dwadzieścia funtów, to wystarczy na jeden wyskok do pubu. Tak. Pójdę tam, zaliczę jakiegoś przystojniaka, wypiję dwa piwa i wrócę do domu. Znajdę pracę i normalnego faceta i wszystko będzie w porządku. Mmmm, Caroline, jesteś genialna. Ge –nia –lna.

-        Caro, jesteś gotowa, czy nie? - słyszę krzyk dochodzący z dołu.
Uśmiecham się sama do siebie i nie odpowiadam. Nie chce mi się wychodzić z domu, ale
obiecałam bratu, że pójdę z nim na mecz. A obietnica, to obietnica. Wkładam jeansy, narzucam sweterek i poprawiam włosy.
-        Tak Jackie, jestem gotowa! - zbiegam po schodach, a na dole zastaję mojego brata, jak zwykle uśmiechniętego i z Archiem na rękach. - Ni rób takiej kwaśnej miny, wiesz, że nie mam ochoty wychodzić – dodałam po chwili.
-Jack nic nie powiedział, tylko pokręcił głową. Spojrzał na mnie i zaśmiał się. Rzucił mi koszulkę Arsenalu i wyszedł z domu.
Niechętnie włożyłam koszulkę i szybko poszłam za nim. Wkładał małego do fotelika i mruczał coś do siebie. Wiedziałam, że jest szczęśliwy, w końcu to mecz jego Arsenalu. A dziś jest naprawdę szczególny dzień. Po ponad roku Jack Wilshere wraca na boisko. Wyczekiwali go jak Jezusa i podejrzewam, że będą mu nosić dary jak Trzej Królowie. W końcu Bóg, nie?  Wsiadłam do samochodu i od razu usłyszałam beznadziejną muzykę, którą włączył braciszek. Korciło mnie żeby wyłączyć, ale to w końcu jego dzień i nie chciałam go unieszczęśliwiać. Poza tym to jego samochód, tak samo jak jego dom, jego wszystko... Muszę się wyprowadzić, wiem, ale jakoś żadna praca nie chce do mnie przywędrować.  Ani praca, ani facet, ani pieniądze. No i to jest właśnie plus bycia siostrą piłkarza. Chociaż o to ostatnie nie muszę się martwić. No i mam też pokój, bo z poprzedniego mnie wyrzucili. Tak, tak, nie zapłaciłam czynszu. Bo miałam znaleźć pracę, ale jak już wspominałam, nie udało mi się. Nigdzie nie chcieli przyjąć miłej, uczynnej Panienki Wilshere. Nawet jak chciałam ich jakoś przekupić. Jeden koleś prawie się zgodził, ale wtedy zjawił się jego szef i okazało się, że dałam dupy zwykłemu barmanowi. Nosz kurwa. Dobrze, że chociaż był ładny, bo dobry to nie za bardzo.
Dlatego po długich i nużących poszukiwaniach pracy, po dwóch dniach spania w hotelach postanowiłam zwrócić się o pomoc do mojego kochanego brata. Przygarnął mnie bez słowa, był nawet szczęśliwy, że w końcu ktoś zajmie się Archiem i że nie będzie to ani nasza matka, ani mamusia chłopczyka. Mogliśmy w końcu spędzić trochę czasu razem, bo ostatnio zaniedbaliśmy kontakty ze sobą. On był zajęty treningami, dzieckiem i powrotem do zdrowia, a ja podróżowaniem po świecie. Wszystkie swoje oszczędności wydałam na wycieczkę do Australii i Nowej Zelandii. Poza tym pieniądze nigdy się mnie nie trzymały. Taka rodzinna przypadłość.
Jack nie wiedział, że się zmieniłam. Wciąż ma mnie za swoją malutką siostrzyczkę, która boi się ciemności i która marzy o tym, żeby być modelką. Wszystko się zmieniło i tak szczerze, to boli mnie to, że straciliśmy kontakt. Że wciąż nie mam nikogo z kim mogę porozmawiać. Chociaż z drugiej strony nie chcę go wplątywać w moje problemy. Lepiej, jeśli o wszystkim nie wie.
-        Siostrzyczko, co się tak zamyśliłaś? - z otępienia wyrywa mnie głos Jacka. - Cały czas do ciebie mówię, a ty nic!
-        Sorry, po prostu się zawiesiłam – odpowiedziałam. - Jak tam, podekscytowany?
-        Szczerze mówiąc, to zdenerwowany... - westchnął i spojrzał na mnie kątem oka. - Nie grałem ponad rok, na pewno będę bez formy...
-        Jack, głuptasie! Będziesz zajebisty, jak zawsze – poklepałam go po ramieniu. Naprawdę tak uważałam, Jack zawsze był świetny i nie wierzę, że to się zmieni. Poza tym on teraz potrzebuje wsparcia. Widzę to.
Do końca drogi Jack już nic nie powiedział. Widziałam jak się denerwuje, jak trzęsą mu się ręce. Znałam Jacka, nie zniósłby tego, że może nie spełnić oczekiwań trenera, drużyny i kibiców. Chciał być bohaterem, zarówno na boisku jak i poza. Chciał być idealny. Drugi Dennis Bergkamp.
-        Idziesz ze mną do chłopaków? - zapytał. Pokręciłam głową i wyjęłam małą wersję mojego brata z fotelika.
-        Spotkamy się po meczu. Trzymamy kciuki! - razem z Archiem skierowaliśmy się w stronę naszych miejsc. Chłopiec cały czas się uśmiechał, zresztą tak samo jak jego tatuś. Kochają to miejsce.
Czas leciał strasznie szybko i nim się obejrzeliśmy, mecz się rozpoczął. W dwudziestej piątej minucie na boisko wszedł Jack. Przez stadion przeszedł głośny krzyk radości. Nawet ja głośno krzyczałam i biłam brawo. Wszyscy czekaliśmy na jego powrót. Archie cały czas pokazywał paluszkiem na Jacka i krzyczał „Tata!”. Wszystko było na swoim miejscu.
***
- Hmm, wiśniowa czy grejpfrutowa? - zapytał Jack, obracając butelki w dłoniach.
-        Obie – zaśmiał się, po czym wstawił wódkę do koszyka. - Umm, Wilshere, to miała być skromna impreza – dodałam, widząc koszyk wypełniony alkoholem i przekąskami.
-        No, to tylko dziesięć osób – puścił oczko i dorzucił do koszyka dwie paczki papierosów. - To dla ciebie – dodał.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Nie wiem skąd on wie, że palę. Starałam się to ukryć najlepiej jak mogłam. Nie paliłam nawet przed domem, kiedy on się kąpał albo bawił z Archiem. A jednak się dowiedział i jeszcze to akceptował. Uśmiechnęłam się i wyjęłam fajki.
-        Takich nie palę – zamieniłam jakieś niedobre cienkie LM'y na Marlboro. Jack pokręcił tylko głową, ale nic już nie powiedział. 
Gdy wróciliśmy do domu okazało się, że trzeba jeszcze zawieść Archiego do babci i trochę ogarnąć całe miejsce. Zaproponowałam, że posprzątam, a Jack w tym czasie pojedzie z małym. Bałagan nie jest aż taki straszny, głównie to tylko brudne ciuchy Jacka i jakieś papiery. Szybko wszystko i ogarnęłam i w końcu mogłam zabrać się za ogarnięcie samej siebie. Z szafy wyjęłam czarną sukienkę i komplet czarnej, koronkowej bielizny.
Wzięłam szybki prysznic, zrobiłam delikatny makijaż i włożyłam sukienkę. Na nogi wsunęłam czarne baleriny, włosy pokręciłam lokówką. Chciałam jeszcze sprawdzić Twittera, ale usłyszałam dzwonek do drzwi. Zerknęłam na zegarek. Dziewiętnasta trzydzieści. Godzina za wcześnie. Albo jakiś patałach, albo to w ogóle nie żaden gość. Powoli schodzę na dół, ale denerwuję się, gdy słyszę, że ktoś po drugiej stronie jest bardzo natarczywy, bo teraz nie tylko dzwoni, ale też puka. Przekręcam klucz w drzwiach i w końcu otwieram. Na schodach stoi na pewno jakiś kolega Jacka. Ale chyba nie jest Kanonierem, bo go nie znam.
-        Przepraszam, myślałem, że tutaj mieszka Jack... - powiedział powoli, zaciągając strasznie po francusku. Dostrzegłam w jego ręku butelkę drogiego wina. Kanonier, czy nie, na pewno wejdzie dziś do środka.
-        Bo mieszka, ale wyszedł – uśmiechnęłam się i zjechałam go od góry do dołu. Zajebiste ciało. - Wejdź. - dodałam po chwili.
Niepewnie wszedł do środka i zdjął buty, co wywołało u mnie napad śmiechu. Chyba nigdy nie był na żadnej domówce. Nie powiedziałam jednak nic, tylko gestem wskazałam mu drogę do salonu. Usiadł na kanapie i uśmiechnął się.
-        Jesteś za wcześnie, wiesz? - zagadnęłam.
-        Źle obliczyłem sobie czas dojazdu tutaj. Wiesz, myślałem, że się zgubie. - powiedział, cały czas się uśmiechając. - Oh, tak właściwie to jestem Olivier. Olivier Giroud. - podszedł do mnie i podał swoją dłoń. - A ty musisz być...
-        Caroline, siostra Jacka – uścisnęłam jego wyciągniętą dłoń. Spojrzał na mnie zdezorientowany. - Co, zaskoczony? - zapytałam.
-        Niezbyt jesteś podobna... ale to pewnie przez te czerwone włosy – zażartował.
-        Pewnie tak. Chcesz coś do picia? - zaproponowałam.
-        Z chęcią – mruknął, patrząc mi w oczy.
Poszłam do kuchni, zostawiając Oliviera samego w salonie. Był irytujący. Irytująco przystojny. Miał irytująco zabójczy uśmiech. Nie podobało mi się, że zawrócił mi w głowie. To ja podrywam facetów, to oni szaleją za mną, a nie ja za nimi. To ja decyduję co robimy i kiedy to robimy. A z nim może być inaczej. Widzę, że jest pewny siebie i tylko sprawia wrażenie nieśmiałego, zagubionego Francuzika. Cholerny Giroud! Robiłam drinki tak długo, że Jack zdążył wrócić. Kiedy weszłam do salonu mój brat i Francuz rozmawiali o jakimś meczu. Nie słuchałam za bardzo, rzucałam tylko ukradkowe spojrzenia przystojnemu piłkarzowi. Myślałam tylko o tym, jak zaciągnąć go do łazienki. Powoli sączyłam drinka, czekając aż zostaniemy sami. Wiedziałam, że chce tego samego, co ja. Po kilkunastu minutach zaczęli schodzić się goście, a Jack poszedł im otworzyć. Przysunęłam się bliżej mężczyzny, tak, że stykaliśmy się ramionami. Odstawiłam szklankę i złożyłam pocałunek na jego ustach.
-        Co ty robisz? - odskoczył ode mnie jak poparzony.
-        Całuje cię?
-        Nie pomyślałaś, że może nie chcę? - warknął i wyszedł z salonu, zostawiając mnie zaskoczoną.
Jeszcze nikt nigdy mnie tak nie potraktował. Zostawił mnie. Jeszcze żaden facet mi nie odmówił, żaden. Wydawało mi się, że naprawdę chciał. Ba, na pewno chciał. Flirtował ze mną, podrywał mnie kurwa! Rzucił mi wyzwanie, a ja lubię wyzwania. The show must go on.
***
Minął tydzień od imprezy z Kanonierami. Od tygodnia nie widziałam Giroud. Wkurza mnie to, bo nie wiem, czy specjalnie mnie unika, czy po prostu jest tak nieosiągalny. Próbuję przekonać Jacka na zrobienie następnej imprezy, ale on nie chce się zgodzić. Wykręca się tym, że za dwa dni mecz, że nie mogą teraz pić i takie tam. Nie wiem czy po prostu czegoś zaczyna się domyślać, czy naprawdę nie może imprezować. Zapytałabym, ale za bardzo się boję, że coś wyjdzie na jaw. W sensie to, jaka jestem. Nie chcę stracić Jacka, chcę po prostu korzystać z życia. I tak, korzystanie z życia równa się korzystaniem z przyrodzenia Giroud. Tylko, że najpierw muszę uwieść Francuza, chociaż z drugiej strony bardzo prawdopodobne, że już go uwiodłam. A on się po prostu ze mną bawi, chce się zabawić, to się zabawimy. Jak tylko go spotkam.
Na razie mogę jedynie cieszyć się zimnym, Polskim piwem. Chciałabym jeszcze sobie zapalić, ale nie wiem gdzie położyłam fajki, a do sklepu za daleko. No i chciałabym Giroud, ale o tym już mówiłam.
Kurwa, ale jestem zdenerwowana. Zdenerwowana i poirytowana, bo już nie wiem co mam ze sobą zrobić. Jack cały czas wypytuje mnie o wszystko, nigdzie nie mogę wyjść bez poinformowania gdzie idę. A nie mogę go okłamać, bo wiem, że będzie wiedział, gdzie byłam. To jest właśnie minus bycia siostrą sławnego piłkarza. Zaczynam się tutaj powoli nudzić, Archie cały czas śpi, Jacka nie ma całymi dniami, a ja nie mam nikogo, kogo mogłabym tu zaprosić. Oczywiście zaprosić do robienia czegoś przyzwoitego. Oglądania telewizji, picia piwa albo rozmawiania. Nie mam przyjaciół, bo nie ufam ludziom. Kilka osób już mnie zraniło swoimi kłamstwami i intrygami, teraz wolę polegać tylko na sobie. No i na Jacku. W tej chwili przydałaby mi się przyjaciółka, z którą mogłabym o wszystkim porozmawiać, której mogłabym wszystko powiedzieć. Chciałabym, żeby ktoś poradził mi, co mam ze sobą zrobić, żeby ktoś przemówił mi do rozsądku. Tak, tak. Jestem złą dziewczynką. Bardzo złą i niegrzeczną dziewczynką.
Ale wydaje mi się, że to lubię.
***

Uh. Nowy, długi. Pewnie najdłuższy. Ale cóż. Trzeba z tym żyć. The Bitch is back, sweeties. 

1 komentarz:

  1. No to tak... Jak on mógł nie chcieć się z nią całować?! No jak?! I to zdjęcie butów, hahahaha xD Wykorzystanie przyrodzenia Giroud będzie, prędzej czy później. Czuje to, po kościach. Znaczy ich będą kości bolały po tym jak już się powykorzystują :D Siostra Jack'a? Niebo na moje uszy. Przez Ciebie zachciało mi się zapalić. Niegrzeczna dziewczyno!
    Czekam na Żiru w akcji. ;*

    OdpowiedzUsuń