niedziela, 26 sierpnia 2012

[002] I'm just the breath away


Niegrzeczna dziewczyna kontynuuje swoje dzieło zniszczenia. To znaczy próbuje wyrwać Giroud. Nieważne jak, musi się udać. Po trupach do celu, jak to mówią. Jeden trup już jest. To znaczy będzie. Za chwilę. Ma na imię Jessica i jest głupią dziwką, która uważa, że może mieć taką dupę na wyłączność. Podejrzewam, że to przez nią ten przystojniak nie pozwolił mi się pocałować. Bo ją kocha i te sprawy. Mnie nie musi kochać, ze mną ma się kochać.
Umówiłam się z niejaką Jessicą na spotkanie, bo doszły ją słuchy, że podrywam jej narzeczonego. Cóż, dobrze słyszała. Pewnym krokiem wchodzę do kafejki i od razu ją dostrzegam. Szczerzy się jak Chamakh do pustej bramki. Tylko brakuje jej klasy. Minióweczka, złote pantofelki i dekolt do pępka. Mhm, Oli lubi ostre, odnotować. Patrzy na mnie i zjeżdża wzrokiem, gdy siadam na krześle obok.
- Double Espresso – mówię do kelnera i odwracam się w stronę brunetki. – Jessica?
- Tak, a ty to niby Caroline? – pyta, a brzmienie jej głosu doprowadza do szału. Błagam, laska, nie mów dużo. – Musimy porozmawiać o moim narzeczonym, Olivierze Giroud, który gra w tym samym zespole co twój brat, Jack. – No, słowotok po prostu. A mówiłam, że ma się nie odzywać. Patrzę na nią i czekam aż powie o co jej chodzi. Jednak ta siedzi jak zaklęta. Kelner podaje mi kawę, a ja upijam łyk, dalej mierząc wzrokiem Pannę Musimy Porozmawiać.
- No o co chodzi? – warczę, bo mam już dość ciszy. Wzdycha i kręci głową.
- Nie wolno ci go podrywać, a już tym bardziej uprawiać z nim seksu – mówi stanowczo i pewnie, a ja staram się głośno nie roześmiać.
- Słuchaj dziunia, mam w dupie, czy mi pozwalasz czy nie, wezmę to, czego chcę – wstaję i unoszę głos. Jessica również zaczyna się denerwować, ale nic nie mówi. Pije powoli swoją zieloną herbatę i uśmiecha się szyderczo. Jakby myślała, że może wygrać. – Idź wytrzep stanik, bo ciasto ci tam wpadło. – wychodzę, zostawiając ją wściekłą, ale i przerażoną.
No. Jedna sprawa załatwiona. Teraz trzeba się spiknąć z Olim. A to już może być problem. Na razie się tym jednak nie przejmuję. Niedługo znajdę sposób na Frnacuza, na razie wystarczy my jakiś przeciętniak. Jakiegoś dzisiaj znajdę, dawno z nikim nie spałam. Wyciągam z torby papierosa, podpalam go i mocno się zaciągam. Nie powiem, szmata mnie trochę wkurzyła, wydając mi polecenia. Nikt, powtarzam, nikt nigdy nie będzie dyktował mi zasad. Moje życie, moja dupa, moje zasady. Nie pozwolę, żeby ktoś mówił mi co mam robić, to trochę nie fair, nieprawdaż?
Siadam na ławce i odpalam kolejnego papierosa. Jestem uzależniona i dobrze mi z tym. Lepiej być uzależnionym od fajek niż od miłości. Mój nałóg chociaż nie boli, pomijając portfel oczywiście. Przydałaby się jeszcze butelka dobrej, szkockiej whisky, aczkolwiek nie chcę wrócić do domu najebana jak świnia, więc zostaję przy samych fajkach. Wyciągam z torby Igrzyska Śmierci  z zamiarem przeczytania ich, ale chowam je z powrotem po przeczytaniu kilku stron. Chyba nie jestem w nastroju do czytania książek. Nie wiem czy jestem w nastroju do czegokolwiek, a jeśli nie jestem, to nie wiem dlaczego. Niczego chyba nie wiem, poza tym jak się nazywam i ilu facetów zaliczyłam. A nie, chwila, tego też nie wiem. Zastanawiam się czasem, czy ja przypadkiem nie jestem dziwką. Ale potem wymyślam milion argumentów przeciw, no i już wiem, że nie jestem. Po prostu lubię seks i przystojnych mężczyzn, a wiadomo, to zawsze idzie w parze. Chcę zapalić jeszcze jednego, ale okazuje się, że papierosy się skończyły. I zamiast iść kupić kolejną paczkę, postanawiam iść do domu! Widzisz, Boże, zmieniam się na lepsze!
Łapię taksówkę i jadę prosto do domu. Niedługo będę musiała wyjść, a jestem totalnie nieogarnięta. Jednak kiedy wchodzę do domu, mam niespodziankę. Oj… dużą niespodziankę. W przedpokoju stoją trzy walizki i to bynajmniej nie moje, więc dzięki bogu, Jack mnie nie wypierdala. W kuchni Jack z kimś rozmawia, ale nie wiem o czym, więc idę prosto tam, prawie zabijając się o te cholerne walizki. Niespodzianka jest miła. Naprawdę miła. I przystojna. I nazywa się Od dzisiaj Olivier z nami mieszka.
- O kurwa – gapię się na brata i jego kolegę  i czuję, że będę zbierać szczękę z podłogi. Francuz patrzy się na mnie z takim zaskoczeniem jak ja na niego.
- Ona też tu mieszka? – zwraca się do mojego brata, zupełnie już ignorując moje spojrzenia. Jack przytakuje, a uśmiech znika z jego twarzy. Głupi chuj, jeszcze pożałuje.
- Coś jakiś niezadowolony ten twój koleżka – puszczam mu oczko i powoli wchodzę po schodach do swojego pokoju. Słyszę, że Giroud mówi Jackowi o tym, co się „wydarzyło” między nami i wiem, że będę miała przejebane.
Jackie bardzo nie lubi jak zarywam do jego kumpli z drużyny. No i staram się tego nie robić, ale na Boga, kto nie zarywałby do Giroud? Opanowuje drżenie rąk i rzucam się na łóżko. Leżę i patrzę w sufit, słyszę jak chłopacy wchodzą i schodzą po schodach, jak ktoś trzaska drzwiami naprzeciwko i jak ten sam ktoś otwiera piwo. Leniwie zjeżdżam z łóżka i staję na nogi. Pukam do nowego lokatora, ale ten nie chce otworzyć. Pukam, pukam  i pukam. Kurwa, wolałabym, żeby to on pukał! Mnie.
- Buraku, chcę się tylko z tobą napić! – wciąż nie otwiera. Ja bym otworzyła jakby ktoś do mnie pukał trzy minuty. Ale nie to nie, od teraz to już nie jest wyzwanie. To jest wojna. Kto pierwszy się złamie. Hehe, Kotku, zacznij się już rozbierać.
**
Budzą mnie promienie słońca przedostające się przez bambusowe rolety. Nie wiem kto wymyślił bambusowe rolety. Są kurwa piękne, ale przepuszczają światło. Na cholerę komu takie rolety co przepuszczają światło? Potem człowiek się budzi o dziewiątej, chociaż jest dzień wolny. Wiem, że już nie zasnę, więc leżę sobie na łóżku jeszcze trochę, ale kiedy słyszę huk na dole, niechętnie wychodzę z łóżka. Schodzę po schodach i widzę tego buraka, co nie wie, że nosi się koszulki.
- Jezu, jakim ty jesteś patałachem, to aż szkoda gadać – mierzę go wzorkiem widząc pełno potłuczonych naczyń na ziemi. – Chwila, chwila… - wśród bałaganu dostrzegam kawałki czerwono –złotej porcelany… - Kutasie! Zbiłeś MÓJ kubek?! Mój kubek z Japonii?!
Francuz prycha i zabiera się do sprzątania bałaganu. No ja nie wierzę! W ogóle go to nie obeszło! Chwytam łyżkę i wale mu mocno w łeb. Nie reaguje, no to walę drugi, tym razem chyba za mocno, bo chłopak złapał się za głowę i upuścił kawałek talerza.
- Co ty odpierdalasz idiotko, chcesz mi połamać czaszkę?! – krzyczy i próbuje mnie złapać. Uciekam mu i dobrze mi to wychodzi, dopóki nie wpadam na ścianę. – Sory za twój kubeczek z Chin.
- Z Japonii, buraku. Z Chin to ty sobie możesz kupić w Tesco – mierzymy się wzorkiem, ale wygrywam. W tym jestem zajebista.
- Byłaś w Japonii? – pyta nagle.
- Tak, byłam w Japonii – odpowiadam i odchodzę, chociaż wiem, że chciał jeszcze pogadać. Czuję na sobie jego wzrok. Mhm, Caroline, kręć tyłkiem dalej, to go zdobędziesz.

2 komentarze:

  1. pisz dalej, bo tu ludzie czekają na więcej. Może tego nie widzisz, ale ja to widzę! Pisz, pisz, pisz!

    OdpowiedzUsuń
  2. Padłam, nie wstaję. Leże... Niech Olivier z podłogi mnie zbierze! Kocham to miłością nieczystą xD Jesteś zajebista, TO jest zajebiste. Szczerze się jak głupia do sera ;D Łyżką go napierdalała? hahaha, dobry sposób na podryw! Czekam na więcej, buś!

    OdpowiedzUsuń