sobota, 20 października 2012

[006] you do well my boy, my oh my



Dobra, wszystko ładnie pięknie, ale cos mi jednak nie pasuje. Co ja do kurwy nędzy robie w szpitalu? To znaczy, jesli to wariatkowo to nie mam pytań, ale to raczej wygląda na jakiś państwowy burdel. To znaczy ściany są brudne, bo na białym to cholernie widać. No chyba ze ktoś sobie walił konia na ściany. Wtedy nie widać. Fuj. Wyobraziłam to sobie i juz nie mam ochoty patrzeć na te ściany. Chce mi sie rzygać. Giroud siedzi na krześle obok, chociaż niedługo to wyląduje na ziemi
Nie chce go budzić. Wygląda słodko jak śpi. Tak, to wciąż Caroline Wilshere. Nieźle, nie? Wytrzymałam z nim juz cały dzien. I ani z nim nie spalam ani go nie zabiłam. Jack mówi, ze robie postępy. Jestem dzielna.
A szczerze to sie nim po prostu jaram i chce go mieć w swoim łóżku. No i może troszkę mi zależy... Ale tylko troszkę! Dziwnie mi z tym. Boje sie, ze to sie nie uda, że ktoś to zjebie, ze będę cierpieć i w końcu się schleję na śmierć.  Trudno, najwyżej. Płakał nikt nie będzie. Słyszę jak Olivier pochrapuje. Mam ochotę go za to zabić. Nie chce tu niedźwiedzia tylko seksownego Francuza. A chrapanie nie jest seksowne.
- Giroud! - krzyczę, a chwilę później śmieję sie, bo spadł z krzesła. - Smutno mi tu samej - uśmiecham sie i trzepocę rzęsami.
- Jesteś niemożliwa, wiesz? - ziewa i łapie mnie za rękę - nie możemy tutaj.
- To wróćmy do domu.... - proszę go - Dlaczego ja tu jestem, Olivier?
Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony. Nic nie powiedział, tylko wyszedł nagle z sali. Nie wiedziałam co sie dzieje, dlaczego znalazłam sie w szpitalu. Czułam, ze stało sie cos złego. Może to dlatego  Giroud jest taki miły? Może jestem teraz kaleka i wszyscy sie nade mną litują?
Moje przemyślenia przerwali Jack i Giroud, którzy weszli do sali. Oboje spoglądali na mnie z pewna niepewnością w oczach. Zaczynali mnie przerazać. To juz nie było kurwa śmieszne!
- Co jest? - zapytałam, nie mogąc dłużej znieść niepewności.
- Caro, nic nie pamiętasz?
- Jakbym pamiętała, to bym powiedziała, buraku. To znaczy zależy o co pytasz. Ogólnie pamiętam dużo rzeczy, na przykład jak spadłeś ze schodów i ujebałeś sie masłem..
- Pytam, czy nie pamiętasz nic z wczoraj - przerwał mi, kiedy zaczęłam opowiadać jedna z najbardziej wstydliwych historii Jacka W.
- Noo... - mruknęłam - byłam sobie na Victorii. I w sumie to tyle.
- Zemdlałaś tam i ktoś zadzwonił po pogotowie, a potem po mnie – wyjaśnił Jack. Odetchnęłam z ulgą, bo szczerze mówiąc myślałam, że będzie gorzej. Dużo gorzej.
            Jack próbował coś jeszcze do mnie mówić, ale przestałam go słuchać. Wpatrywałam się w Giroud, a on wpatrywał się we mnie. Tonęłam w jego błękitnych oczach, nie mogłam oderwać wzroku od jego różowych warg, od idealnych kości policzkowych. Uśmiechał się lekko, czułam, że serce bije mi coraz szybciej. Przejechał dłonią po moim odsłoniętym udzie. Wyrwałam sobie z ręki kroplówki i podeszłam do niego. Nie obchodziło mnie, czy mój brat wciąż tu jest, czy zaraz nie przyjdzie lekarz albo jakaś inna pielęgniarka, po prostu zaczęłam go całować. Na początku lekko mnie odpychał, ale po kilku sekundach zaczął odwzajemniać moje pocałunki. Po chwili to on obdarowywał mnie ognistymi pocałunkami, to on przejął inicjatywę. Całował mnie po szyi, a chwilę później po odsłoniętym obojczyku. Dłońmi błądził po całym moim ciele, doprowadzając mnie do obłędu. W końcu rzucił mnie na szpitalne łóżko, a nasze ciała złączyły się w jedność. W końcu.
**
Otwieram oczy i czuję, że ktoś mocno mnie trzyma, odwracam się i widzę Giroud. Jesteśmy w jego pokoju. No do kurwy, znów nie wiem jakim cudem się tu znalazłam. Przynajmniej jedno jest pewne. Spałam z nim, jest zajebisty. Na samo wspomnienie na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Czuję jego dotyk i mam nadzieję, że za chwilę to powtórzymy, czuję jego niebiańskie perfumy i jego gorący oddech. Działa na mnie tak, jak jeszcze nikt na mnie nie działał. Czuję, że niedługo oszaleję. Chcę go obudzić, ale uprzedza mnie. Na początku tylko patrzy mi w oczy i uśmiecha się. Po chwili i ja się uśmiecham.
- Od razu lepiej, piękna – głaszcze mnie po głowie. – Masz śliczny uśmiech.
Nie wiem, czy to jego sposób na podryw, czy naprawdę tak myśli. Wiem tylko, że się zawstydziłam. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i przytulił mocno. Nigdy nie spodziewałabym się, że może być taki kochany, cudowny. Wydawało mi się, że jest chamem i prostakiem, któremu zależy tylko na ruchaniu. Chociaż ta opcja wciąż jest możliwa. Dziwi mnie to, bo ja nie umiem się zachować jak on. Nie umiem do nikogo powiedzieć kochanie, chyba, że w żartach. Nie wyobrażam sobie, żebym kogoś komplementowała w taki sposób jak on. Nigdy nie byłam miła i nie potrafię tego zmienić. A on? Od trzech dni traktuje mnie jak księżniczkę. Robi dla mnie dosłownie wszystko. Zupełnie inna osoba.
- Wstajemy? Już jedenasta – mówi po chwili.
- Mhm – mruczę i leniwie wychodzę spod ciepłej kołdry. Dopiero po chwili zauważam, że jestem naga. Nie żeby coś, ale nie chcę latać nago po domu. Jestem piękna i w ogóle, ale wolę, żeby mój brat żył z innymi gołymi laskami w swojej bani. Zerkam niepewnie na Oliviera, a ten rzuca mi swoją koszulkę reprezentacji. – Nie włożę tego – odkładam na łóżko i czekam dalej. Chłopak śmieje się i tym razem w moje ręce trafia koszulka Arsenalu.
- Do twarzy ci w czerwonym – całuje mnie w policzek i razem schodzimy na dół.
W salonie Jack bawi się z Archiem. Patrzy na mnie tym swoim przenikliwym wzorkiem i próbuje się nie uśmiechać. Pokazuję mu język i łapię Giroud za rękę. Zdziwiony patrzy na mnie, ale nic nie mówi. Jest w tym mistrzem. W sensie, w nic nie mówieniu. A jak już mówi, to z sensem. Fajnie ma koleś. Siadam na krześle i opieram głowę o dłonie. Francuz nie czeka ani chwili, od razu zabiera się za robienie śniadania. Po dziesięciu minutach stawia przede mną kubek gorącej kawy, tosty z szynką i sałatkę owocową. Zerkam na jedzenie i na niego na przemian. Chyba nie zasługuję na to, żeby być dla mnie takim miłym.
- Mam rozumieć, że oczekujesz za to śniadanie jakiejś nagrody czy coś? – pytam, gryząc tost.
- Czemu miałbym chcieć nagrodę za zrobienie Ci śniadania?
Tym razem to ja nic nie odpowiadam. Zaskakuje mnie z każdą chwilą coraz bardziej. Próbuję odgonić od siebie myśl, że to tylko sen i skupiam się na jedzeniu. Długo jednak mi się to nie udaję, ponieważ dostrzegam, że Francuz siedzi bez koszulki. Wpatruję się z rozdziawioną gębą w jego idealnie wyrzeźbiony tors i resztą sił zapieram się, żeby się teraz na niego nie rzucić. Widzę jak przy najmniejszym ruchu napina się każdy mięsień jego ciała, niesamowicie to działa na moje zmysły. Po chwili spoglądam na jego twarz i zatapiam się w jego cudownych oczach, otoczonych wachlarzem gęstych rzęs. W końcu postanawiam skupić się jedynie na moim talerzu i jego zawartości. Okazuje się, iż był to dobry pomysł, bo udało mi się w końcu zjeść.
- Dziękuje, było przepyszne – odstawiam talerz i całuję go lekko w usta.
Zostawiam go w kuchni i idę do salonu, żeby pobawić się trochę z małym. Jack unosi znacząco brwi, ale olewam go. Biorę małego Wilshere’a na ręce i śpiewam mu jakąś piosenkę. Chłopiec uśmiecha się do mnie, a na jego policzkach widać malutkie dołeczki. Wykapany tatuś. Który swoją drogą już pobiegł do kuchni na ploteczki. Uśmiecham się pod nosem i sadzam Archiego na ziemię. Patrzę na niego i myślę, że nawet fajnie byłoby mieć takiego synka… WRÓĆ.  Wcale nie byłoby fajnie. Dzieci to tylko wkurwiające kreatury, które umieją tylko srać i beczeć. I wkurwiać mnie w autobusach, metrach i na ulicy. Po co w ogóle ludzie muszą być dziećmi? Nie można by tak od razu mieć dwadzieścia lat? Albo piętnaście? Byleby nie być gnojem. No, chyba, że jest się Archiem, jemu można wybaczyć.
- Ciocia! – woła po chwili i pokazuje rączką na swoją Arsenalową książeczkę – tata!
Spoglądam na zdjęcie, które mi pokazuje i widzę mojego brata ubranego w nową koszulkę wyjazdową. Uśmiecham się, chociaż uśmiech Archiego widzącego swojego tatusia jest bezcenny. Kilka minut później do salonu przyszli chłopacy. Mały od razu pobiegł do Jacka, a Giroud usiadł obok mnie na miękkim dywanie. Położyłam głowę na jego barku i przyglądałam się jemu tatuażowi.
- Jesteś cudowna – wyszeptał mi do ucha.
- Cudowna chłopcze, to jest woda w Licheniu – zażartowałam, chociaż nie wiem skąd znałam ten żart. Giroud oczywiście nie załapał, bo nie wie co to Licheń ani gdzie to jest. Ale podróżniczka Caroline wie.
- Co? – zapytał głupio.
- Nic, nic, głuptasie – uśmiechnęłam się i ponownie oparłam się o niego. Siedzieliśmy tak dość długo, straciłam w ogóle kontakt z rzeczywistością.
Wstałam, bo chciałam pójść i zapytać o coś Jacka, ale okazało się, że go nie ma.
- Gdzie Jack? – rzuciłam przez ramię.
- Wyszedł – poinformował mnie i włączył telewizor.
- Jak to wyszedł?
- No wiesz, założył buty, otworzył drzwi i wyszedł.
Prychnęłam. No kurwa, ale jesteś śmieszny. Poszłam na górę, położyłam się na łóżko i po chwili zasnęłam… 


hahaha, nie mogłam przypomniec sobie maila. Brawo. Jestem wsciekła. Zła. Zdesperowana. Yeah. Hell yeah. Rozdział do dupy, sory.

poniedziałek, 15 października 2012

[004] I need a hero, to save me now


- Jacky… - usiadłam na oparciu fotela, na którym siedział mój brat – Jacky, wyrzuć go stąd, proszę.
Chłopak odstawił piwo i spojrzał mi w oczy. I to wcale nie było przyjemne spojrzenie. Nie spodobała mu się moja prośba. Jak zwykle zresztą.
- Siostra, no wiesz przecież, że nie mogę…
Wybiegłam z salonu i szybko poszłam do swojego pokoju. Chwyciłam torbę, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wybiegłam z domu. Jedyne co zauważyłam, to tryumfalnie uśmiechającego się Francuza i zaskoczonego Jacka. Była ładna pogoda, świeciło słońce i było co najmniej dwadzieścia stopni. Nie wiedziałam dokąd idę, nie miałam żadnych planów. Po prostu szłam przed siebie. Wiedziałam, że w końcu i tak będę musiała podjąć jakąś decyzję. Usiadłam na ławce, wyciągnęłam z torby papierosa i, po odpaleniu go, porządnie się zaciągnęłam. Pierwszy raz w życiu nie pomogło, a tylko sprawiło, że czułam się jeszcze gorzej. Rzuciłam papierosa za siebie. Cały czas ostatkiem sił powstrzymywałam się przed płaczem. Miałam zbyt ładne kreski żeby to zepsuć. Zacisnęłam pięści i wstałam. Złapałam autobus i podjechałam na Victorię, ale na miejscu zamiast kupić jakikolwiek bilet, znów usiadłam na ławce. Otaczały mnie tysiące ludzi, szczęśliwych, zabieganych, wesołych i smutnych. Nie zwracali na mnie uwagi, na szczęście.
W końcu nie wytrzymałam, z oczu popłynęły mi łzy. Nie wiem czy to dlatego, iż w słuchawkach usłyszałam without you I’m nothing, czy po prostu za długo tłumiłam w sobie emocje. Spojrzałam na białą koszulę. Kołnierz był już cały czarny od spływających na niego łez. Nie umiałam sobie z tym wszystkim poradzić. Przegrałam, pierwszy raz w życiu przegrałam wojnę, którą sama niepotrzebnie zaczęłam. Wojnę, która pozbawiła mnie wszystkiego co było w moim życiu dobre. Straciłam brata, chłopaka i resztki szczęścia. Wszystko przez Giroud. Przeceniłam samą siebie, myślałam, że uda mi się go zdobyć. Byłam tak blisko…  Ale wtedy pojawił się Kieran. Kieran, z którym miałam spędzić jedną noc, miał mi pomóc wywołać zazdrość u Francuza. Stało się inaczej. Zakochałam się, potrafił sprawić, że jestem szczęśliwa. Cieszyłam się, kiedy widziałam jego uśmiech, cieszyłam się, że mogę robić mu rano kawę i śniadanie. Czułam, że go kocham. Giroud to zauważył. A potem zniszczył. Powiedział Kieranowi, że go zdradzam. Anglik uwierzył. Odszedł. Bez słowa.
Próbowałam namówić Jacka, żeby wypieprzył go z domu. Ale nie, przecież Olivier jest super kumplem! Nie mogłam znieść widoku jego ryja codziennie rano i wieczorem. Potem zaczął sprowadzać jakieś panienki. Nie mogłam spać, bo każda kolejna przeżywała chwilę upojenia z nim coraz głośniej. Jack nie pozwalał mi słuchać głośno muzyki o północy, więc chodziłam całymi dniami wkurwiona po trzech godzinach snu. Nie miałam gdzie pójść, z kim porozmawiać. Siedziałam całymi dniami w pokoju i piłam, albo płakałam. Dziś nie wytrzymałam, musiałam wyjść. Odciąć się od tego. Chciałam wyjechać, ale nie miałam dokąd.
Nie mam już nawet siły płakać. Cały czas ukrywam twarz w dłoniach. Jack ciągle dzwoni. Nie chcę z nim rozmawiać. Nie wiem ile już tu siedzę, ale na pewno nie zamierzam się stąd ruszać. Patrzę na jego zdjęcie. Nie umiem zostawić tego za sobą. Próbuję się do niego dodzwonić, ale od razu włącza się poczta głosowa. Tak, Caroline, straciłaś go..
Straciłam..
***
Poczułam jak ktoś mnie szturcha. Caroline, obudź się!, woła. Musiałam zasnąć na dworcu. Niechętnie otwieram oczy. Oślepia mnie biel, nie wiem co się dzieje. Widzę Jacka i kogoś jeszcze. Jego. Chcę go stąd wyrzucić, nie wiem dlaczego tu jest, czego tu szuka. Próbuję się podnieść, ale nie mogę.
- Wynoś się! – wrzeszczę, ale on się nie wynosi. Patrzy na mnie, ale nie tak jak wcześniej. Widzę ból w jego oczach.
- Zostawię was samych – mówi Jack, a ja zaczynam się bać. Nie chcę z nim zostać sam na sam.
- Przepraszam – siada na krześle obok. Wybucham śmiechem. No bo to śmieszne, prawda? Że człowiek, który zjebał Ci życie umie powiedzieć tylko przepraszam. To tak jakby.. nie wiem, nie mam nawet porównania. – Wiem, że to mało – odzywa się po chwili – ale nie wiem co mam powiedzieć.  Zależy mi na tobie. Zależało od początku, ale nie umiałem tego pokazać. Słyszałem, że się nie angażujesz… byłem zazdrosny o Gibbsa. Przepraszam – wzdycha. Nie wiem jak mam zareagować. Nie wiem co w niego tak nagle wstąpiło.
Jeszcze parę dni temu robił wszystko, żeby mnie zniszczyć. A teraz nagle mnie przeprasza i to bynajmniej nie wygląda na jakiś pierdolony żart. Gubię się, nie wiem czy tego chcę. Biję się z myślami.
- Zacznijmy jeszcze raz, od nowa – prosi.
Spoglądam w biały sufit. Nie dostaję podpowiedzi. Chwytam telefon, ale nie mam kogo poprosić o radę. W końcu patrzę w jego błękitne oczy. Zaciskam nerwowo dłonie w pięści. Przygryzam wargę. Nie wiem co się ze mną dzieje. Część mnie rwie się, żeby go pobić. Poćwiartować, udusić, zakopać. A druga część mnie chce jego. Chce go dotknąć. A ja dalej nie wiem co zrobić. Siadam na krawędzi łóżka. Widzę, że się męczy, że czeka na odpowiedź.
- Dobrze – odpowiadam po kilkunastu minutach. Na jego twarzy po raz pierwszy zagościł uśmiech. Obym tego nie żałowała..




chujowy. wiem. Z dedykacją dla Klaudii :*  za wszystko ;d