Dobra, wszystko ładnie pięknie,
ale cos mi jednak nie pasuje. Co ja do kurwy nędzy robie w szpitalu? To znaczy,
jesli to wariatkowo to nie mam pytań, ale to raczej wygląda na jakiś państwowy
burdel. To znaczy ściany są brudne, bo na białym to cholernie widać. No chyba
ze ktoś sobie walił konia na ściany. Wtedy nie widać. Fuj. Wyobraziłam to sobie
i juz nie mam ochoty patrzeć na te ściany. Chce mi sie rzygać. Giroud siedzi na
krześle obok, chociaż niedługo to wyląduje na ziemi
Nie chce go budzić. Wygląda słodko jak śpi. Tak, to wciąż
Caroline Wilshere. Nieźle, nie? Wytrzymałam z nim juz cały dzien. I ani z nim
nie spalam ani go nie zabiłam. Jack mówi, ze robie postępy. Jestem dzielna.
A szczerze to sie nim po prostu jaram i chce go mieć w swoim
łóżku. No i może troszkę mi zależy... Ale tylko troszkę! Dziwnie mi z tym. Boje
sie, ze to sie nie uda, że ktoś to zjebie, ze będę cierpieć i w końcu się
schleję na śmierć. Trudno, najwyżej. Płakał
nikt nie będzie. Słyszę jak Olivier pochrapuje. Mam ochotę go za to zabić. Nie
chce tu niedźwiedzia tylko seksownego Francuza. A chrapanie nie jest seksowne.
- Giroud! - krzyczę, a chwilę później śmieję sie, bo spadł z
krzesła. - Smutno mi tu samej - uśmiecham sie i trzepocę rzęsami.
- Jesteś niemożliwa, wiesz? - ziewa i łapie mnie za rękę -
nie możemy tutaj.
- To wróćmy do domu.... - proszę go - Dlaczego ja tu jestem,
Olivier?
Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony. Nic nie powiedział,
tylko wyszedł nagle z sali. Nie wiedziałam co sie dzieje, dlaczego znalazłam
sie w szpitalu. Czułam, ze stało sie cos złego. Może to dlatego Giroud jest taki miły? Może jestem teraz
kaleka i wszyscy sie nade mną litują?
Moje przemyślenia przerwali Jack i Giroud, którzy weszli do
sali. Oboje spoglądali na mnie z pewna niepewnością w oczach. Zaczynali mnie
przerazać. To juz nie było kurwa śmieszne!
- Co jest? - zapytałam, nie mogąc dłużej znieść niepewności.
- Caro, nic nie pamiętasz?
- Jakbym pamiętała, to bym powiedziała, buraku. To znaczy
zależy o co pytasz. Ogólnie pamiętam dużo rzeczy, na przykład jak spadłeś ze
schodów i ujebałeś sie masłem..
- Pytam, czy nie pamiętasz nic z wczoraj - przerwał mi,
kiedy zaczęłam opowiadać jedna z najbardziej wstydliwych historii Jacka W.
- Noo... - mruknęłam - byłam sobie na Victorii. I w sumie to
tyle.
- Zemdlałaś tam i ktoś zadzwonił po pogotowie, a potem po
mnie – wyjaśnił Jack. Odetchnęłam z ulgą, bo szczerze mówiąc myślałam, że
będzie gorzej. Dużo gorzej.
Jack
próbował coś jeszcze do mnie mówić, ale przestałam go słuchać. Wpatrywałam się
w Giroud, a on wpatrywał się we mnie. Tonęłam w jego błękitnych oczach, nie
mogłam oderwać wzroku od jego różowych warg, od idealnych kości policzkowych.
Uśmiechał się lekko, czułam, że serce bije mi coraz szybciej. Przejechał dłonią
po moim odsłoniętym udzie. Wyrwałam sobie z ręki kroplówki i podeszłam do
niego. Nie obchodziło mnie, czy mój brat wciąż tu jest, czy zaraz nie przyjdzie
lekarz albo jakaś inna pielęgniarka, po prostu zaczęłam go całować. Na początku
lekko mnie odpychał, ale po kilku sekundach zaczął odwzajemniać moje pocałunki.
Po chwili to on obdarowywał mnie ognistymi pocałunkami, to on przejął
inicjatywę. Całował mnie po szyi, a chwilę później po odsłoniętym obojczyku.
Dłońmi błądził po całym moim ciele, doprowadzając mnie do obłędu. W końcu
rzucił mnie na szpitalne łóżko, a nasze ciała złączyły się w jedność. W końcu.
**
Otwieram oczy i czuję, że ktoś
mocno mnie trzyma, odwracam się i widzę Giroud. Jesteśmy w jego pokoju. No do
kurwy, znów nie wiem jakim cudem się tu znalazłam. Przynajmniej jedno jest pewne.
Spałam z nim, jest zajebisty. Na samo wspomnienie na mojej twarzy pojawia się
uśmiech. Czuję jego dotyk i mam nadzieję, że za chwilę to powtórzymy, czuję
jego niebiańskie perfumy i jego gorący oddech. Działa na mnie tak, jak jeszcze
nikt na mnie nie działał. Czuję, że niedługo oszaleję. Chcę go obudzić, ale
uprzedza mnie. Na początku tylko patrzy mi w oczy i uśmiecha się. Po chwili i
ja się uśmiecham.
- Od razu lepiej, piękna –
głaszcze mnie po głowie. – Masz śliczny uśmiech.
Nie wiem, czy to jego sposób na
podryw, czy naprawdę tak myśli. Wiem tylko, że się zawstydziłam. Uśmiechnął się
jeszcze szerzej i przytulił mocno. Nigdy nie spodziewałabym się, że może być
taki kochany, cudowny. Wydawało mi się, że jest chamem i prostakiem, któremu
zależy tylko na ruchaniu. Chociaż ta opcja wciąż jest możliwa. Dziwi mnie to,
bo ja nie umiem się zachować jak on. Nie umiem do nikogo powiedzieć kochanie, chyba, że w żartach. Nie
wyobrażam sobie, żebym kogoś komplementowała w taki sposób jak on. Nigdy nie
byłam miła i nie potrafię tego zmienić. A on? Od trzech dni traktuje mnie jak
księżniczkę. Robi dla mnie dosłownie wszystko. Zupełnie inna osoba.
- Wstajemy? Już jedenasta –
mówi po chwili.
- Mhm – mruczę i leniwie
wychodzę spod ciepłej kołdry. Dopiero po chwili zauważam, że jestem naga. Nie
żeby coś, ale nie chcę latać nago po domu. Jestem piękna i w ogóle, ale wolę,
żeby mój brat żył z innymi gołymi laskami w swojej bani. Zerkam niepewnie na
Oliviera, a ten rzuca mi swoją koszulkę reprezentacji. – Nie włożę tego – odkładam
na łóżko i czekam dalej. Chłopak śmieje się i tym razem w moje ręce trafia
koszulka Arsenalu.
- Do twarzy ci w czerwonym –
całuje mnie w policzek i razem schodzimy na dół.
W salonie Jack bawi się z
Archiem. Patrzy na mnie tym swoim przenikliwym wzorkiem i próbuje się nie
uśmiechać. Pokazuję mu język i łapię Giroud za rękę. Zdziwiony patrzy na mnie,
ale nic nie mówi. Jest w tym mistrzem. W sensie, w nic nie mówieniu. A jak już
mówi, to z sensem. Fajnie ma koleś. Siadam na krześle i opieram głowę o dłonie.
Francuz nie czeka ani chwili, od razu zabiera się za robienie śniadania. Po
dziesięciu minutach stawia przede mną kubek gorącej kawy, tosty z szynką i
sałatkę owocową. Zerkam na jedzenie i na niego na przemian. Chyba nie zasługuję
na to, żeby być dla mnie takim miłym.
- Mam rozumieć, że oczekujesz
za to śniadanie jakiejś nagrody czy coś? – pytam, gryząc tost.
- Czemu miałbym chcieć nagrodę
za zrobienie Ci śniadania?
Tym razem to ja nic nie
odpowiadam. Zaskakuje mnie z każdą chwilą coraz bardziej. Próbuję odgonić od
siebie myśl, że to tylko sen i skupiam się na jedzeniu. Długo jednak mi się to
nie udaję, ponieważ dostrzegam, że Francuz siedzi bez koszulki. Wpatruję się z
rozdziawioną gębą w jego idealnie wyrzeźbiony tors i resztą sił zapieram się,
żeby się teraz na niego nie rzucić. Widzę jak przy najmniejszym ruchu napina
się każdy mięsień jego ciała, niesamowicie to działa na moje zmysły. Po chwili
spoglądam na jego twarz i zatapiam się w jego cudownych oczach, otoczonych
wachlarzem gęstych rzęs. W końcu postanawiam skupić się jedynie na moim talerzu
i jego zawartości. Okazuje się, iż był to dobry pomysł, bo udało mi się w końcu
zjeść.
- Dziękuje, było przepyszne –
odstawiam talerz i całuję go lekko w usta.
Zostawiam go w kuchni i idę do
salonu, żeby pobawić się trochę z małym. Jack unosi znacząco brwi, ale olewam
go. Biorę małego Wilshere’a na ręce i śpiewam mu jakąś piosenkę. Chłopiec
uśmiecha się do mnie, a na jego policzkach widać malutkie dołeczki. Wykapany
tatuś. Który swoją drogą już pobiegł do kuchni na ploteczki. Uśmiecham się pod
nosem i sadzam Archiego na ziemię. Patrzę na niego i myślę, że nawet fajnie
byłoby mieć takiego synka… WRÓĆ. Wcale
nie byłoby fajnie. Dzieci to tylko wkurwiające kreatury, które umieją tylko
srać i beczeć. I wkurwiać mnie w autobusach, metrach i na ulicy. Po co w ogóle
ludzie muszą być dziećmi? Nie można by tak od razu mieć dwadzieścia lat? Albo
piętnaście? Byleby nie być gnojem. No, chyba, że jest się Archiem, jemu można
wybaczyć.
- Ciocia! – woła po chwili i
pokazuje rączką na swoją Arsenalową książeczkę – tata!
Spoglądam na zdjęcie, które mi
pokazuje i widzę mojego brata ubranego w nową koszulkę wyjazdową. Uśmiecham
się, chociaż uśmiech Archiego widzącego swojego tatusia jest bezcenny. Kilka
minut później do salonu przyszli chłopacy. Mały od razu pobiegł do Jacka, a Giroud
usiadł obok mnie na miękkim dywanie. Położyłam głowę na jego barku i
przyglądałam się jemu tatuażowi.
- Jesteś cudowna – wyszeptał mi
do ucha.
- Cudowna chłopcze, to jest
woda w Licheniu – zażartowałam, chociaż nie wiem skąd znałam ten żart. Giroud
oczywiście nie załapał, bo nie wie co to Licheń ani gdzie to jest. Ale
podróżniczka Caroline wie.
- Co? – zapytał głupio.
- Nic, nic, głuptasie – uśmiechnęłam
się i ponownie oparłam się o niego. Siedzieliśmy tak dość długo, straciłam w
ogóle kontakt z rzeczywistością.
Wstałam, bo chciałam pójść i
zapytać o coś Jacka, ale okazało się, że go nie ma.
- Gdzie Jack? – rzuciłam przez
ramię.
- Wyszedł – poinformował mnie i
włączył telewizor.
- Jak to wyszedł?
- No wiesz, założył buty,
otworzył drzwi i wyszedł.
Prychnęłam. No kurwa, ale
jesteś śmieszny. Poszłam na górę, położyłam się na łóżko i po chwili zasnęłam…
hahaha, nie mogłam przypomniec sobie maila. Brawo. Jestem wsciekła. Zła. Zdesperowana. Yeah. Hell yeah. Rozdział do dupy, sory.
Czemu ja teraz znajduję tego bloga i czemu tak bardzo kocham Żiru w twoim opowiadaniu? Chciałabym napisać coś bardziej inteligentnego, ale jak na razie zbieram szczękę z podłogi w oczekiwaniu na nowy rozdział. A resztę muszę nadrobić.
OdpowiedzUsuń