sobota, 9 lutego 2013

I love the way that it hurts



Spoglądasz na mnie, trzymając w dłoni kieliszek wypełniony najlepszym czerwonym winem. Widzę złość i gniew w twoich oczach, widzę, że ręce ci się trzęsą. Jesteś jak tykająca bomba, która zaraz wybuchnie. I chociaż nie lubię jak się złościsz, to tym razem rozumiem twój stan. Rozumiem twój gniew, ba, byłabym nawet w stanie zrozumieć, gdybyś mnie znienawidził. W końcu zmarnowałeś dla mnie dwa lata życia. Nie powiedziałeś tego, ale wiem, że tak czujesz. Czekam aż w końcu coś powiesz. Możesz krzyczeć, możesz się wydzierać. Ale nie milcz tak, bo dobija mnie to! Cisza jest dużo gorsza niż krzyk, dobrze o tym wiesz. Może właśnie dlatego się nie odzywasz. Może w taki sposób chcesz mnie ukarać, chociaż doskonale wiesz, że to nie jest moja wina. Nie mogłam tak żyć. Wiedziałeś, co może się stać, jeśli zwiążesz się z szesnastolatką. Wiedziałeś, ale jednak nie odrzuciło cię to.
- Jak mogłaś to zrobić? – pytasz w końcu, a gniew w twoich oczach ustąpił smutkowi – Jak mogłaś postąpić tak nieodpowiedzialnie? - Nie umiem nic odpowiedzieć. Spuszczam wzrok i patrzę na swoje kolana. Boję się znów dostrzec ten ból w twoich zielonych oczach. Boję się, że tego nie wytrzymam. Zdejmuję z palca pierścionek, który mi dałeś i kładę go na stół. Nie zasługuję na ciebie, chyba nigdy nie zasługiwałam. Patrzysz na mnie zdziwiony - Mnie też już nie kochasz? – spoglądasz to na mnie, to na pierścionek, który leży naprzeciw ciebie.
- Kocham – szepczę.
Przypominam sobie, jak mi się oświadczyłeś. Czekałam na ciebie przed stadionem, po wygranym meczu z Tottenhamem. Strasznie długo cię nie było, a kiedy wyszedłeś, byłeś bardzo podenerwowany. Nie wiedziałam, co się dzieje. Fani podchodzili do ciebie, prosząc o autograf lub wspólne zdjęcie i wtedy to zrobiłeś. Przed samym wejściem, klęknąłeś i spytałeś, czy zostanę twoją żoną. Pamiętasz jak zaczęłam się wtedy śmiać? Myślałam, że żartujesz, przecież byliśmy ze sobą dopiero rok, a co więcej, ja miałam dopiero siedemnaście lat. Kibice zebrali się wokół nas i zaczęli bić brawa i krzyczeć, żebym się zgodziła. Otworzyłeś czerwone pudełeczko, w którym zobaczyłam pierścionek z malutkim diamentem. Byłeś strasznie zestresowany, a ja nie mogłam wykrztusić ani jednego słowa. W końcu powiedziałam tak, a ty włożyłeś pierścionek na mój palec. Podniosłeś mnie i pocałowałeś tak, jak jeszcze nigdy tego nie zrobiłeś. Z oczu popłynęły mi łzy, bo nie mogłam uwierzyć w to, co się właśnie stało. Oświadczył mi się mężczyzna, którego kochałam.
Wiesz, że nie chcę ci oddawać tego pierścionka, prawda? Nie przestałam cię kochać. Myślę, że pokochałam cię już wtedy, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Pamiętasz to jeszcze? Przypadkowe spotkanie w kawiarni. Zamówiłeś taką samą kawę jak ja. Cynamonowe Latte. Wydarłam się wtedy na ciebie, że zabrałeś mi moją kawę, a kiedy się odwróciłeś i spojrzałeś na mnie niczym kot ze Shreka, złość mi przeszła. Nie wiedziałam, że jesteś sławny, nie interesowałam się wtedy piłką nożną. Ale kiedy ludzie zaczęli prosić cię o autograf, wybiegłeś ze Starbucksa, zabierając moją kawę. Ja dostałam twoją. Wyszłam stamtąd szybko, cały czas o tobie myśląc. Dopiero w domu pomyślałam, żeby spojrzeć na kubek po kawie, na którym na pewno było napisane twoje imię. Olivier. I serduszko obok. Zaśmiałam się i postanowiłam cię znaleźć. Znalazłam. Przeglądałam wszystkie twoje zdjęcia, twittera, facebooka, zaczęłam nawet oglądać mecze Arsenalu.
I to na meczu spotkaliśmy się po raz drugi. Chciałam znów zobaczyć cię na żywo. Strzeliłeś nawet bramkę. To był mecz z West Hamem. Spiker powiedział wtedy, że to była twoja pierwsza bramka w barwach Arsenalu. Darłam się jak głupia. Po meczu zawołałeś mnie, kiedy schodziłam po schodach. Cynamonowa dziewczyno! ­– krzyknąłeś wtedy. Odwróciłam się i uśmiechnęłam się szeroko. Też się uśmiechnąłeś. Zaprosiłeś mnie na kawę i..jakoś tak wyszło, że zostaliśmy parą. Wszyscy mi zazdrościli, w końcu moim chłopakiem był Olivier Giroud.
Było nam cudownie, powtarzałeś, że to najlepsze dwa lata twojego życia.  Zabierałeś mnie na mecze, na imprezy. Poznałam wszystkich kolegów i dzięki tobie pokochałam piłkę nożną. Nie wyobrażałam już sobie bez tego życia. Bez tej adrenaliny, bez codziennego sprawdzania wiadomości ze świata futbolu. Czasem nawet uczyłeś mnie grać, pamiętasz? Śmiałeś się, że mam lepszego cela niż ty, chociaż w ogóle nie trafiałam do bramki. Chodziliśmy na spacery, na obiady. Zapominałam, że między nami jest aż dziesięć lat różnicy. Nie traktowałeś mnie jak dzieciaka, chociaż oczywiście opiekowałeś się mną i czasem zachowywałeś jak starszy brat. Byłeś cierpliwy, na nic mnie nie namawiałeś. Byłeś po prostu idealny, a ja taka nie potrafiłam być. Musiałam coś zepsuć, zjebać.
Wszystko zmieniło się miesiąc temu. Dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Świat legł mi w gruzach. Nie chciałam z tobą rozmawiać, nie odbierałam telefonów, nie pozwalałam wpuścić cię do domu. Nikt nie wiedział, co się ze mną dzieję, a ty tak bardzo się martwiłeś. Płakałam całymi dniami, z nikim nie rozmawiałam. Wiesz jak ja się wtedy czułam? Chciałam, żebyś był obok, ale wiedziałam, że nie pozwolisz mi zrobić tego, co planowałam. Nigdy nie zgodziłbyś się na aborcję, przecież to też twoje dziecko. A ja wiedziałam, że nie dam rady. Nienawidziłam dzieci, nienawidziłam siebie, że zgodziłam się pójść z tobą do łóżka. Nawet nie skończyłam szkoły, nie wyobrażałam sobie, że miałabym donosić ciążę do końca. Udało mi się zebrać pieniądze i zrobiłam to. Usunęłam. Powiedziałam ci jak było już po wszystkim. Nawet się nie złościłeś, ty po prostu się rozpłakałeś.
Przyjechałeś wtedy do mnie, z bukietem czerwonych róż, uśmiechnięty, ale jednocześnie zmartwiony, bo nie wiedziałeś, co się dzieje. Nie spodziewałeś się tego, prawda? Powiedziałeś wtedy, że nie sądziłeś, że mogę być zdolna do tak okropnego czynu. Wtedy zrozumiałam, że postąpiłam źle, ale było już za późno. Za późno żeby to odwrócić. Bałam się, że cię stracę. Patrzyłeś na mnie, a po policzkach ciekły ci łzy. Cisnąłeś kwiaty w kąt i wybiegłeś z domu. Przez miesiąc się nie odzywałeś. Przez miesiąc wegetowałam, jak jakaś roślinka, którą ktoś zapomniał podlać. Codziennie dzwoniłam, ale zrozumiałam w końcu, że to nie ma sensu. Że już nigdy nie usłyszę twojego głosu, że już nigdy mnie nie przytulisz, nie pocałujesz. Rzuciłam szkołę. Nie wychodziłam ze swojego pokoju, prawie nie jadłam. A wiesz, co było w tym wszystkim najgorsze? Że to ja doprowadziłam do tej sytuacji. Chciałam nawet się zabić, ale brakowało mi odwagi. Najbardziej bałam się tego, że się nie uda. Że ktoś mnie w jakiś sposób uratuje. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić i wtedy zadzwoniłeś. Spytałeś, czy przyjadę na kolację. Przyjechałam.
Dalej na mnie patrzysz, dalej się nie uśmiechasz. Prosisz, żebym coś zjadła, ale ja nie mam ochoty na jedzenie. Chcę tylko, żebyś mnie przytulił, ale przecież o to nie poproszę. Tak bardzo brakuje mi twojej bliskości, tak bardzo chciałabym znów poczuć ciepło twoich ust, chciałabym, żebyś pogłaskał mnie po włosach, jak to robiłeś zawsze, gdy byłam smutna. Chciałabym, żebyś powiedział, że będzie dobrze. Wzięłam pierścionek z powrotem do ręki i zaczęłam go obracać w dłoni. Nie wytrzymałam, w końcu łzy poleciały po moich policzkach. Nie chciała wyjść na potwora, na kogoś, kto nie ma uczuć. Myślałam, że tak będzie łatwiej, że będzie jak dawniej. Myliłam się i teraz dobrze o tym wiem. Oli, ja mogę mieć z tobą nawet setkę dzieci! Teraz. Tylko wybacz mi to, co zrobiłam. Bałam się!
Tak bardzo się bałam, że odejdziesz i zostanę z tym sama. Mówiłam ci, że jestem słaba, młoda, głupia. Ale cały czas cię kochałam. Wiesz, teraz myślę sobie, jakby to było, gdybym tego nie zrobiła. Za parę miesięcy urodziłoby się nam dziecko, może chłopczyk, który byłby taką miniaturką ciebie. Miałby twoje zielone oczy i twój bajeczny uśmiech. Łamał by serca dziewczynom, ale kiedy znalazłby tę jedyną, kochałby ją, tak, jak ty kochałeś mnie. A gdyby to była dziewczynka, to może byłaby podobna do mnie? Kupowalibyśmy jej malutkie sukieneczki i kostiumy Arsenalu… Tak, Olivierze, wiem, że popełniłam błąd. Wiem, że cię zraniłam i wiem, że nigdy mi tego nie wybaczysz. Pytasz jednak, czy cię kocham. Czy to znaczy, że mam jeszcze szansę? Że nie wszystko stracone? A może chcesz mi zrobić tylko niepotrzebną nadzieję? Jeśli tak, nie mam ci tego za złe. Rozumiem, że chcesz się na mnie zemścić. Zabiłam twoje dziecko…
Nie wiem czy jest jakikolwiek sens mojego siedzenia tutaj. Najchętniej bym wyszła, żeby nie sprawiać ci więcej bólu, ale nie zrobię tego, dopóki sam mnie nie wyprosisz. Chcę usłyszeć to od ciebie. Chcę, żebyś kazał mi wynosić się z twojego domu, z twojego życia. Nie zasługuję na ciebie, prawdopodobnie nigdy nie zasługiwałam. Chociaż wiem jedno, kocham cię tak, jak nikogo nie kochałam i jak nigdy już nikogo nie pokocham. Taka miłość nie zdarza się dwa razy. Śnię o tobie co noc, nie mogę przestać myśleć o tobie i o każdej chwili, którą spędziliśmy razem. Pamiętam jak cieszyłeś się, gdy planowaliśmy nasz ślub. Oglądaliśmy salę, szukaliśmy już nawet sukienki dla mnie. Mieliśmy się pobrać za dwa tygodnie…
- Tak bardzo przepraszam… - mówię w końcu, jednak wciąż na ciebie nie patrzę – Nie chciałam, Olivierze. Wybacz mi...
- Spójrz na mnie – mówisz. Podnoszę wzrok i zamieram. Widzę w twojej dłoni pistolet. Pistolet wycelowany prosto we mnie. Jednak nie opuszczam wzroku. Patrzę ci w oczy. Pełno w nich bólu, złości, gniewu. Nie wiesz, co robisz, prawda? Emocje wzięły górę nad uczuciami. O nic nie proszę, i tak wszystko mi jedno.
Ręka ci się trzęsie, ale nie opuszczasz broni. Uśmiechasz się w taki dziwny sposób. Ten uśmiech sprawia, że zaczynam się bać. Upijasz łyk wina. Odstawiasz kieliszek. Mierzysz mnie groźnym spojrzeniem.
Strzelasz. 




Zły Giroud. Jak myślicie, trafił?

piątek, 8 lutego 2013

Drink the wine, my darling you said


Budzę się i czuję, że ktoś lub coś mnie obejmuje. To przyjemne uczucie i nie chcę się wyrywać z tego uścisku. Otwieram oczy i widzę, że mój towarzysz jeszcze śpi. Widzę jak jego klatka piersiowa unosi się i opada, słyszę jego rytmiczne bicie serca i miarowy oddech. Wygląda nieziemsko, gdy śpi. Co ja gadam, zawsze wygląda nieziemsko. Upierdolony gównem też wyglądałby bosko, w końcu to ten Giroud. Szczerze mówiąc chyba żaden facet mnie tak jeszcze nie zafascynował. To nie jest jeden z przystojniaczków. Takich jak on można szukać ze świecą. Wszystko w nim jest idealne i chociaż to brzmi jak gadanie zakochanej piętnastolatki, to on też jest idealny. Wprawdzie minął dopiero miesiąc od kiedy jesteśmy razem, ale ja już czuję to coś. Coś, czego nie czułam w żadnym poprzednim związku, uczucie, jakim nie żywiłam żadnego mężczyzny na ziemi. To sprawia, że on jest taki wyjątkowy. To, że go pożądam i że seks nie jest jedyną rzeczą, którą chcę z nim robić. Jest inaczej, zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałam życie z nim. Przecież każdy wie, jak wygląda bożyszcze nastolatek, i jak się okazuje nie tylko nastolatek, Olivier Giroud. Myślisz Giroud, myślisz seks, namiętność, łóżko. Ale on taki nie jest. Wręcz przeciwnie, pan Idealny lubi robić dużo innych rzeczy poza graniem w piłkę i pieprzeniem się po kątach. Co czasem trochę denerwuje. Spacerki, oglądanie filmów, granie w FIFA, chodzenie na basen, gotowanie… i potem o dwudziestej zasypia jak niemowlak i pozostaje mi jedynie patrzenie na niego jak śpi przez jakieś 6-7 godzin, bo ja o dwudziestej się nie położę.
Dziś w nocy miałam szczęście. Chciał się kochać, nie było żadnych spacerków. Od siedemnastej nie wyszliśmy z łóżka i nawet ja się zmęczyłam. Było cudownie, bosko, świetnie, czułam się niewyobrażalnie spełniona…
- Kochanie?  - głos Oliviera wyrwał mnie z zadumy. Spojrzałam na niego i od razu dostrzegłam na jego twarzy uśmiech.
- Hm?
- Nic, chciałem tylko zobaczyć twoją piękną twarz – wymruczał mi do ucha, a ja się zaśmiałam. Mówił to codziennie rano, więc zaczynało to się już robić śmieszne. – No co?
- Nic, nic – odpowiedziałam i wtuliłam się w niego.
Była niedziela, więc nie musiał wstawać na żaden trening, nie musiał się spieszyć na mecz, ani cokolwiek innego związanego z Arsenalem. To był ten dzień, który mogliśmy spędzić razem i przeważnie to robiliśmy, chyba, że coś mu wypadło. Tak, tak, mi dalej nie ma co wypadać, bo jestem bezrobotna, a moim jedynym zajęciem jest opierdalanie się na kanapie w salonie, opieka nad Archiem i Giroud. Nie żeby mi to przeszkadzało. Jeszcze nie widzę sensu w szukaniu pracy, byłabym tylko bardziej wkurwiona. A tak chociaż mogę odpocząć od ciężkiego życia. Nie wydaję kasy na fajki i alkohol (bo jej nie mam, ale to osobna kwestia), więc od razu poprawia się moje zdrowie i kondycja. A mówili, że nie można mieć wszystkiego. Takie pierdolenie o Chopenie, oczywiście, że można. Wystarczy mieć pieniądze, albo bogatego brata i/lub chłopaka.
Podniosłam się powoli i oparłam o ramę łóżka. Francuz wpatrywał się we mnie jak ciele w malowane wrota i dopiero po chwili zorientowałam się, że jestem naga. Zakryłam się kołdrą, ale nie dlatego, że się wstydziłam. Po prostu nie lubiłam jak ktoś się na mnie gapi. Parę minut później Oli leniwie podniósł się z łóżka, włożył bokserki i zszedł na dół. To znaczy prawie zszedł na dół, bo gdzieś w połowie schodów nie wytrzymał tego stresu związanego z patrzeniem w dół i spadł. Zaczął przeklinać każdy stopień po kolei i krzyczał coś po francusku, a jedyne słowo, które zrozumiałam, to „Merde”. Krzyki nie ustępowały, więc założyłam jego koszulę i czarne majtki i zeszłam, żeby zobaczyć, co królewiczowi się stało.
Leżał na samym dole, a oczy miał pełne łez.
- Ja pierdolę, wstawaj ćwoku – warknęłam, kiedy tak na niego patrzyłam. Wyjąkał coś zupełnie dla mnie niezrozumiałego i spojrzał na mnie błagalnie – O nie, nie, nie. Na pewno nie będę cię podnosić, nosić, ani nic innego. Wstawaj, kurwa – dodałam na odchodnym i poszłam do kuchni.
Poszłam tam z zamiarem zjedzenia pysznego śniadania, ale to co, a raczej kogo, tam zastałam, zbiło mnie z tropu. Przy stole, na moim ulubionym miejscu siedział nie kto inny, jak Kieran Gibbs. Obok niego leżał mały bukiet kwiatów i butelka wina. Ściskał w ręku szklankę z wodą i uśmiechnął się niepewnie. Zmierzyłam go wściekłym spojrzeniem, chociaż w głębi duszy miałam ochotę rozryczeć się jak mała dziewczynka.
- Caroline… - zaczął – Caro, przepraszam…
Patrzyłam na niego wściekła i zraniona zarazem. Mówił cicho, więc Giroud raczej tego nie słyszał. Modliłam się, żeby wstał i wygonił stąd Anglika.
- Przepraszasz? – zapytałam cicho, a on pokiwał głową – Przepraszasz?! – wrzasnęłam chwilę później, a on aż podskoczył – Tyle umiesz powiedzieć po tym wszystkim co mi zrobiłeś? Uwierzyłeś mu, uwierzyłeś mu kurwa, że Cię…
- Myślałem… - przerwał mi w połowie zdania. No Gibbs, jeszcze nie wiesz, że tego się nie robi?
- To kurwa nie myśl, bo ci to nie wychodzi! A najlepiej wypierdalaj stąd w podskokach, nie chcę cię znać! – byłam tak zdenerwowana, że nawet nie zauważyłam, jak Olivier wszedł do kuchni.
- Przyniosłem ci kwiaty i twoje ulubione wino – powiedział i uśmiechnął się lekko.
- W dupę sobie wsadź te badyle! – poczułam, że Giroud obejmuje mnie w pasie.
- Spokojnie, Kochanie – szepnął mi do ucha – Kieran, proszę cię, wyjdź, póki ona niczym nie rzuca – poprosił go. On go kurwa poprosił, jakby to była moja wina! Jednak podziałało, Gibbs wyszedł, a z jego twarzy jak zwykle nie można było odczytać żadnych emocji. Zawsze miał taką samą minę. Jak był zły, wesoły, smutny, jak się kochaliśmy, całowaliśmy, jak srał też pewnie miał ten przyprawiający o mdłości wyraz twarzy.
- Dzięki – powiedziałam, oddychając głęboko. Wyjęłam z szafki pudełko z tabletkami i wyjęłam jedną. Momentalnie pomogła. Emocje opadły, a ręce przestały mi się trząść z nerwów.
Giroud usiadł na krześle obok mnie, ale nic nie mówił. Po chwili nie wytrzymałam, z oczu poleciały mi łzy. Francuz przytulił mnie, jednocześnie całując po włosach. Trochę minęło, zanim się w pełni uspokoiłam, ale najważniejsze było w tej chwili to, że miałam kogoś, kto o mnie zadba, przytuli właśnie w takiej chwili i pocieszy. Nie potrzebowałam jego słów, chciałam po prostu jego bliskości i czułości. Boże, ja się zakochałam. Caroline Wilshere się zakochała. I żadne znaki na niebie nie wskazywały na to, że to zaraz minie.
***
Co za beznadzieja. Chciałam dzisiaj iść z chłopakami na mecz, po raz pierwszy od nie wiem kiedy miałam ochotę wyjść z domu i akurat wtedy musiałam się rozchorować. Giroud chciał zostać i się mną zająć, ale wybiliśmy mu z Jackiem ten pomysł z głowy. Obiecałam bratu i jemu, że będę grzecznie leżała pod kołderką w salonie i oglądała mecz w telewizji. Przed wyjściem Francuz zrobił mi wielki dzbanek gorącej herbaty i jakieś jedzenie. Pocałował mnie w czoło i razem z Jackiem pojechali czarnym BMW na stadion. Ułożyłam się wygodnie na kanapie, upiłam łyk zielonej herbaty i włączyłam telewizor. Do meczu były jeszcze cztery godziny, więc oglądałam jakieś durne programy o narkotykach i nastoletnich ciążach. W dupie się tym gówniarom poprzewracało, stać je na najlepsze kosmetyki od Chanel, ale gumek za dwa funty sobie nie kupią. O pigułkach już nie wspominając.
Nawiedziła mnie myśl, że ja mogłabym wpaść. Dwadzieścia dwa lata i dziecko. Zamiast od imprez, oczy miałabym podkrążone od wstawania do ryczącego bachora, zamiast przez seks, zmęczona byłabym od noszenia swojej pociechy i zamiast wydawania pieniędzy na siebie, musiałabym wydawać na takiego małego pasożyta. Odrażające. Pewnie musiałabym iść do pracy, bo wpadłabym niewiadomo z kim i nie miałabym jak potem sobie przypomnieć. Miałabym problem przez osiemnaście lat i pewnie już nigdy nie byłabym tą samą osobą.
Odgoniłam to od siebie i wróciłam do oglądania telewizji. Głowa strasznie mnie bolała, ale nie chciało mi się wstawać po żadne tabletki, więc poprawiłam sobie poduszkę i położyłam na niej znów głowę, z nadzieją, że ból minie. Zgadnijcie – nie minął.
Jedynym plusem tego wszystkiego było to, iż czas leciał strasznie szybko i nawet się nie obejrzałam, a już zaczynał się mecz. Stadion pełen kibiców z niecierpliwością wyczekujących pierwszego gwizdka, to było coś, co kochałam. Zobaczyłam, że piłkarze wychodzą już z tunelu. Najpierw dostrzegłam Jacka, jak zwykle z poważną miną, w stu procentach skupionego, a na samym końcu mojego chłopaka. Uśmiechniętego, podskakującego Oliviera. Na mojej twarzy od razu zagościł uśmiech, wiedziałam, że obaj zagrają cudownie. Że cała drużyna zagra cudownie, nie było innej opcji.
Zaczęli. Już od początku było widać, kto dominuje, no ale z drugiej strony QPR nie jest jakimś specjalnie wymagającym przeciwnikiem. Mieliśmy wyższe posiadanie, praktycznie wszystkie akcje rozgrywaliśmy na połowie przeciwnika, a Szczęsny nie miał zupełnie nic do roboty. Był tylko jeden problem – celność. Zaczynałam się już wkurzać, bo niestety, najwięcej okazji marnował nie kto inny, a Olivier Giroud. Przy trzeciej takiej samej zmarnowanej setce, wysłałam mu smsa. Albo strzelisz, albo zapomnij o seksie do następnego meczu. Musiałam chłopa jakoś zmotywować, bo widocznie krzyki trenera na niego nie działały. Do przerwy utrzymał się wynik 0-0. W przerwie poszłam się wysikać, bo jeszcze chwila, a mój pęcherz albo by pękł, albo zaczął przeciekać od nadmiaru płynów. Przy okazji wzięłam z kuchni tabletki przeciwbólowe i trzy minuty przed rozpoczęciem drugiej połowy wróciłam na kanapę. Przyznam, że zaczęło się robić trochę nerwowo. Jack co chwilę leżał, a ja co chwilę przeżywałam przez to mały zawał, bo bałam się, że coś mu się stanie. Darłam się do telewizora, chociaż ledwo, co mogłam mówić i rzucałam w piłkarzy QPR zużytymi chusteczkami do nosa. Minuty mijały, a gol dalej nie padł. Zaczęłam się denerwować, zdejmowałam i zakładałam koszulkę, w nadziei, że to przyniesie szczęście. Najwidoczniej nie przyniosło. W okolicach siedemdziesiątej minuty chciałam wysłać kolejnego smsa, tym razem do brata, jednak wtedy usłyszałam krzyk komentatora:
            Olivier Giroud pakuje piłkę do siatki!! Jeden do zera!!!
            Zaczęłam się drzeć jak opętana i razem z kibicami śpiewałam przyśpiewkę o Olim. Cieszyłam się, jak byśmy właśnie wygrali Ligę Mistrzów, a to przecież tylko mecz z walczącym o utrzymanie QPR. Niemniej jednak radość nie opuściła mnie już do końca meczu, choć wynik niestety zatrzymał się na 1-0. Kanonady nie było, ale liczyło się jedno – zwycięstwo. Pozostało mi teraz obejrzeć obszerny skrót meczu i wywiady. No i czekać na chłopaków.
Usiadłam na kanapie i wtedy zobaczyłam, że dostałam smsa. Od Giroud.
Wiesz, w której minucie strzeliłem? Wiesz co to znaczy? Oli.
Szczerze mówiąc, to nie wiedziałam, co to znaczy i dopiero kiedy sprawdziłam minutę, zrozumiałam. Sześćdziesiąta dziewiąta. No tak, można się było tego po nim spodziewać. Zaśmiałam się w myślach i odłożyłam telefon. Dzisiaj i tak nie ma na co liczyć.  Znów się położyłam, bo zaczęła mnie boleć głowa. Chciałam zasnąć, ale wiedziałam, że chłopacy pewnie zaraz wrócą, więc nie chciałam przegapić ich przyjścia. Włączyłam jakąś stację muzyczną i wyjęłam spod poduszki książkę. Nie wiem nawet, jaki miała tytuł, bo okładka była wyrwana, a ja otworzyłam ją mniej więcej w środku. Przeczytałam kilka zdań, ale nie spodobały mi się za bardzo, więc schowałam książkę w jej miejsce. Nie miałam co robić, miałam ochotę się napić albo przytulić go Giroud, ale w tej chwili nie mogłam mieć ani jednego, ani drugiego, więc wpatrywałam się w ekran telewizora. Po jakiejś godzinie usłyszałam, że dwa te dwa barany wróciły do domu. Oli od razu wbiegł do salonu i wyściskał mnie, jakbyśmy się nie widzieli ze dwa miesiące. Pogratulowałam mu bramki i zwycięstwa, a on uśmiechnął się szeroko. Zrobiłam mu trochę miejsca na kanapie i złapałam go za rękę.
- Jak się czujesz, siostrzyczko? – zapytał Jack, któremu rozebranie się zajęło trochę więcej czasu.
- W porządku, głowa mnie tylko boli – wydukałam – Jak tam po meczu?
- Super! Trzy punkty są i to najważniejsze – odpowiedział rozpromieniony. Cieszyłam się, że jest szczęśliwy.
Uśmiechnęłam się do niego i chciałam wstać, żeby przytulić się do niego, ale Giroud mnie zatrzymał. Chyba chciał zrobić groźną minę, ale wyglądał raczej jakby powstrzymywał się od puszczenia bąka na jakimś ważnym spotkaniu. Opadłam z powrotem na kanapę i wpatrywałam się w niego. Rozmawiali o czymś z Jackiem, ale nie za bardzo wiedziałam o czym, poza tym nie chciało mi się za bardzo słuchać. Wyłączyłam tylko muzykę, bo zaczęła mnie wkurzać. Leżałam więc i patrzyłam na mojego chłopaka. Na jego idealne rysy twarzy, wystające kości policzkowe, na jego usta i oczy. Był tym typem faceta, który wygląda seksownie z trzydniowym zarostem, ale też bez niego. Cieszył mnie jego uśmiech, cieszyło mnie to, że cały czas trzyma mnie za rękę. Cieszyło mnie, że tu jest, że dałam nam szansę. Wygrałam wojnę i już nigdy go nie wypuszczę. Chcę, żeby już zawsze tu był. Na tej kanapie, trzymając mnie za rękę i uśmiechając się.
Tylko jego pragnęłam.




Przyznam, że nie wiem, co się ze mną dzieje. Drugi dzień z rzędu coś napisałam. Przepraszam, że mała ilość, marna jakość, ale zanim wrócę do formy [o ile takową miałam] to pewnie minie trochę czasu. Rozdział sponsorowany przeze mnie i tego pana:

czwartek, 7 lutego 2013

I want you on my mind

WŁĄCZCIE TO KONIECZNIE 
Stoisz przede mną, ze wzrokiem utkwionym w czubki moich butów. Nie masz odwagi popatrzeć mi w oczy, doskonale wiedząc, co się w nich kryje. A może aż tak nie lubisz mojego spojrzenia? Moich oczu? Myślałam, że mnie kochasz… Mówię do ciebie cicho, jednak słyszysz, że głos mi się załamuje. Proszę cię, żebyś na mnie spojrzał, ale tego nie robisz. Ściskam rączkę od walizki mocniej i chcę odejść. Ale wtedy ty mnie zatrzymujesz. Łapiesz za rękę i przyciągasz do siebie. Przytulasz się, a ja znów mogę poczuć bicie twojego serca. Znów mogę poczuć twój zapach, mogę cię dotknąć. Jest mi tak wspaniale, czuję się bezpieczna, kochana. A pamiętasz jak się poznaliśmy? Dopiero, co przyjechałeś do Londynu. Siedziałam na jednej z ławek nad Tamizą, kiedy akurat ty się tamtędy przechadzałeś. Zatrzymałeś się, gdy mnie zauważyłeś i, swoim łamanym angielskim, spytałeś czy możesz się dosiąść. Pokiwałam głową i już po chwili byłeś obok mnie. Na początku nie skojarzyłam, że to ty, dopiero po kilku minutach wpatrywania się w wodę, zrozumiałam, kim tak naprawdę jesteś. Byłeś zaskoczony, że cię znałam. Uśmiechnąłeś się w ten swój charakterystyczny sposób. W ten, w który uśmiechałeś się tylko dla mnie. Okazało się, że twój angielski wcale nie jest taki słaby. Szybko się uczyłeś i nadal uczysz. Nie chciałeś mi wtedy uwierzyć, że jestem Angielką. Z fascynacją spoglądałeś w moje błękitne oczy, mówiłeś, że podobają ci się moje ogniste, długie włosy. Już wtedy powiedziałeś mi, że jestem piękna. Nie uwierzyłam ci wtedy, ale uwierzyłam kilka miesięcy później, kiedy w końcu sprawiłeś, że zaakceptowałam samą siebie. Tak wiele ci zawdzięczam, wiesz? Śmiało mogę powiedzieć, że zawdzięczam ci życie.
Biorę głęboki wdech, bo wiem, że to może być moja ostatnia szansa na poczucie twojego zapachu. Delikatnie unosisz moją twarz do góry i całujesz tak, jakby to był nasz pierwszy i ostatni pocałunek zarazem. Z oczu lecą mi łzy, ale nie przestajesz. W tym pocałunku przekazujesz mi wszystkie swoje uczucia. Ból, rozgoryczenie, smutek… Wszystkie wspomnienia. Przypominam sobie nasz pierwszy raz. A ty jeszcze pamiętasz? Miałam wtedy okropny humor, nie zaliczyłam testy, pokłóciłam się z przyjaciółką, a pogoda była tragiczna. Przyjechałeś po mnie pod szkołę i czekałeś pod głównymi drzwiami z parasolką, małym bukiecikiem kwiatów i pudełkiem moich ulubionych czekoladek. Gdy tylko cię zobaczyłam, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Momentalnie i ty się uśmiechnąłeś. Pojechaliśmy do ciebie, a ty całą drogę trzymałeś mnie za rękę. W domu zrobiłeś gorącą czekoladę, przykryłeś mnie kocem. Zacząłeś mnie całować, po chwili byliśmy już tylko w samej bieliźnie. Byłeś ostrożny, trochę się bałeś, ale nie bardziej niż ja. Mówią, że pierwszy raz nigdy nie jest przyjemny. Ten był. Tym aktem przelałeś mi tyle miłości, że nawet nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić. Tyle miłości, że będzie ona we mnie trwała do końca życia. Miłość, która sprawi, że nigdy o tobie nie zapomnę, choćby świat się skończył.
Wciąż nie mogę pohamować łez. Widzę ból w twoich oczach. Chcę cię jakoś pocieszyć, ale wiem, że to się nie uda. Chciałabym jakoś wszystko zmienić, chciałabym, żeby było inaczej. Ale nie mogę, nie mam takiej mocy. Wiem, że za godzinę już mnie tu nie będzie. Że to nasza ostatnia godzina. Wyobrażasz to sobie? Minęły trzy lata, dziś, dokładnie dziś mijają trzy lata od naszego pierwszego spotkania. Świadomość, że mamy już tylko godzinę sprawia, iż moje serce przeszywa tysiąc sztyletów. Ból jest nie do zniesienia. Mogliśmy mieć wieczność, a mamy godzinę. 60 minut, 3600 sekund.
Tik tak, tik tak, tik tak…
Stoimy na środku terminala, fotoreporterzy robią nam zdjęcia, ludzie podchodzą do ciebie, prosząc o autograf. Ale zdajesz się ich nie zauważać. Nie wypuszczasz mnie z uścisku, słyszę, że twoje serce zaczyna bić szybciej, mocniej. Wtulam się w ciebie jeszcze bardziej, a ty zaciskasz swój uścisk.
- Nie odchodź, błagam… - szepczesz cicho, a po twoim policzku płynie łza.  Tak bardzo chcę zostać! Wszystko we mnie krzyczy, żeby zostać, każda komórka, każdy neuron w moim ciele chce być tutaj, z tobą, przy tobie.
Jeszcze nigdy nie widziałam, żebyś tak cierpiał. Nawet, kiedy powiedziałam ci, co się dzieje. Na początku nie chciałeś uwierzyć, potem się załamałeś. Odliczałeś dni do mojego wyjazdu. Z trzech miesięcy zostało czterdzieści pięć minut. Trzy miesiące temu lekarz powiedział, że mam chore serce i potrzebna jest operacja. Operacja, której prawdopodobnie nie przeżyję. Nie, nie możesz ze mną jechać. Musisz zagrać w Derbach, musisz zagrać z Chelsea i City. Musisz to zrobić dla mnie, dla drużyny. Oni cię potrzebują bardziej niż ja. Wiem, nie rozumiesz tego. Powtarzasz, że jeszcze będą nie jedne derby, nie jeden mecz z Chelsea. Że chcesz być ze mną podczas operacji. Jesteś gotów, by oddać wszystkie swoje pieniądze, żeby tylko ci na to pozwolili. Ale ja nie pozwalam. Wiem, że po tym już się nie pozbierasz. Powiedz, chciałbyś patrzeć jak umieram? Chciałbyś zobaczyć tę prostą linię? Lepiej zapamiętaj mnie taką, jaka teraz jestem. Zapamiętaj mnie jako swoją Rachel. Uśmiechniętą, wredną, niemiłą, ale twoją. Nie chce żebyś mnie widział na sali operacyjnej. Chcę ci tego oszczędzić, bo cię kocham.
Głaszczesz moją dłoń i kręcisz z niedowierzaniem głową. Nie potrafię już nawet na ciebie patrzeć, bo z każdym spojrzeniem łzy lecą coraz mocniej. Już i tak całą sukienkę mam od nich mokrą. W normalnej sytuacji, zaśmiałbyś się, że farba mi spłynie z włosów. Teraz nawet nie możesz unieść warg, żeby się uśmiechnąć.
- Wrócisz, prawda? – pytasz po chwili, z pewnością w głosie.
Unoszę głowę do góry i, hamując łzy, odpowiadam: Chciałabym. Naprawdę, ale wiesz, jaka jest sytuacja…
Gwałtownym ruchem przyciągasz mnie do siebie i znów całujesz. Przypominam sobie jak spacerowaliśmy po Londynie i małe dziewczynki piszczały za tobą niczym te starsze, doroślejsze. Przypominam sobie, jak zabrałeś mnie pierwszy raz na mecz i przedstawiłeś wszystkim chłopakom, powiedziałeś, ze jestem twoją dziewczyną i denerwowałeś się za każdym razem, gdy ktoś na mnie patrzył. Byłeś cholernie zazdrosny, ale to działało w dwie strony. Ja o ciebie byłam równie zazdrosna. Na każdej imprezie miałam ochotę zabić co najmniej pięć dziewczyn, które cię podrywały. A pamiętasz, jak kiedyś wpadłeś do mnie na lekcje o dwunastej i powiedziałeś nauczycielce, że muszę wyjść, bo dyrektor mnie wzywa? Tak naprawdę zabrałeś mnie wtedy do parku, gdzie siedzieliśmy do północy, pijąc tanie wino. Przez trzy lata wydarzyło się tyle, że nie zdążyłabym tego wszystkiego teraz nawet sobie przypomnieć. A bardzo bym chciała. Jestem za to pewna, że ty sobie przypomnisz i, że nigdy nie zapomnisz. Chciałabym, żebyś zawsze miał dla mnie choć trochę miejsca w swoim sercu. Wiem, że gdy odejdę, znajdziesz kogoś nowego, ale chciałabym, żebym nie poszła w niepamięć. Nie mogę decydować za ciebie, nie mogę też wpływać na twoje myśli, ale to chyba moja ostatnia prośba. Żebyś pamiętał i nigdy nie zapomniał.  Wiesz, pamiętam każde śniadanie do łóżka, które mi zrobiłeś, każdy obiad i kolację, na które mnie zabierałeś. Pamiętam jak znosiłeś moje kaprysy na zakupach i jak zgadzałeś się na dziesiątki rodzinnych kolacji. Moja rodzina cię pokochała i, chociaż nie mamy ślubu, dla nich będziesz już zawsze synem, bratem, wujkiem. A dla mnie? Nie wiem, kim jesteś i będziesz dla mnie. Chyba nie ma takiego słowa, które mogłoby nazwać nasz związek.  Miłość? To za mało. Chłopak, kochanek, przyjaciel? Nawet w połowie nie określa tego, jak bliski mi jesteś. Nie ma na świecie słów, które mogłyby opisać moje uczucia do ciebie.
Chciałabym znów usiąść na tej ławce nad Tamizą. Znów cię tam spotkać. Albo nie, chciałabym usiąść z tobą na kanapie i pograć w FIFA. Chciałabym, żebyśmy mogli spędzić każdy kolejny dzień razem, żebyśmy za kilka lat mogli mieć własne dziecko, żebyśmy stanęli przy ślubnym kobiercu, chociaż wiem, że nawet i bez tego moglibyśmy obiecać sobie miłość, wierność i uczciwość. Ale jednak chciałabym włożyć białą suknię, chciałabym, żeby to było tylko nasz dzień. Nasza noc. Wiem jednak, że to niemożliwe. Ale przecież nikt nie zabroni człowiekowi marzyć. Chciałabym, żebyś teraz powiedział Kochanie, cieszę się, ze już wróciłaś, możemy wracać do domu. Zawsze to mówiłeś, gdy odbierałeś mnie z lotniska. Teraz mnie na nie zawozisz i wiesz, chociaż nie chcesz w to uwierzyć, że już nigdy mnie z niego nie odbierzesz. Wiesz, że już nigdy nie zobaczysz mnie, wychodzącej zza dużych, ruchomych drzwi. Wiesz, że każdy kolejny dzień, będzie dniem nowego życia, bo mnie już w nim nie będzie. W końcu, wiesz, że gdy się w nocy obudzisz, nie zastaniesz mnie obok. Zastanawiam się, po której stronie łóżka będziesz teraz spał. Po lewej, jak przez ostatnie trzy lata, czy po prawej, tam, gdzie ja lubiłam spać? A może na środku? Przynajmniej do czasu, aż sobie kogoś znajdziesz. Zadaję sobie setki pytań. Dlaczego to spotkało nas, dlaczego nie dane nam było cieszyć się sobą aż do starości? Chciałam cię wspierać w twojej karierze, chciałam zobaczyć jak wznosisz puchary, jak na twoim koncie przybywa trofeów. Chciałam widzieć tę twoją dziecinną radość, chciałam być na każdym twoim treningu, patrząc jak z zaciętością trenujesz i doskonalisz swoje umiejętności. Widocznie Bóg chciał inaczej, ale z czystym sercem mogę powiedzieć jedno. Nie żałuję. Gdybym miała cofnąć się trzy lata i zdecydować, czy chcę cię poznać, czy nie, wybrałabym tę pierwszą opcję. To były najlepsze trzy lata w moim życiu i nie zamieniłabym ich na nic innego. A ciebie nie zamieniłabym na nikogo innego. Ty nadajesz sens mojemu życiu, a może jesteś sensem mojego życia? Jesteś dla mnie wszystkim, dziękuję Bogu, że cię mam, bo lepiej trafić nie mogłam. Z tobą czułam się bezpiecznie, traktowałeś mnie jak prawdziwą księżniczkę. Wiedz, że będę twoim Aniołem Stróżem….
Tik tak, tik tak, tik tak… spoglądam na zegarek. Dziesięć minut. Dziesięć minut i zniknę z twojego życia. Oh, gdybym mogła to zmienić… Gdybym była w stanie to wszystko zmienić, pewnie teraz siedzielibyśmy u ciebie. Albo u mnie. Moglibyśmy się przytulić, a ty mógłbyś mnie pocałować. Pewnie byśmy się kochali, a jutro narzekałbyś, że nie chce ci się wstawać na trening. Skopałabym cię z łóżka i pogoniła do samochodu. Pojechałbyś, a może nawet zabrał i mnie. Jack poopowiadałby mi śmieszne historie o swoim małym Archiem, a ty szepnąłbyś, że nam też by się taki przydał. Potem Mikel pouczyłby cię, że musisz ładniej się odzywać do kobiet, a Santi zaśmiałby się, że znalazł się Pan Idealny. Poldi walnął by cię w tył głowy i zaczęlibyście się ganiać, jak pięciolatki. W końcu dołączyłby do was Kieran, a Wojtek, jak zwykle ostatni, wyszedłby z szatni i wyśmiał was. Pojechalibyśmy razem do parku, albo do Camden i posiedzieli nad wodą. Słońce ogrzewałoby nas swoimi promieniami, a Ty rozjaśniałbyś mój świat uśmiechem. Wieczorem, wrócilibyśmy zmęczeni do domu i zasnęli na kanapie, przykryci Arsenalowym kocem, przytuleni do siebie.
Piękny scenariusz, prawda? Widzisz, wystarczy, że zamienisz mnie na jakąś inną dziewczynę i schemat dalej będzie pasował. Będziesz szczęśliwy, musisz być. Nagle słyszę, że dzwoni mój telefon. Wyciągam go z torebki. Dwunasta. Oboje wiemy, że to już czas.
Przyciągasz mnie do siebie i po raz ostatni całujesz.
Po raz ostatni gładzisz moje włosy.
Po raz ostatni spoglądasz mi w oczy i całujesz w czoło.
- Kocham cię, Skarbie – szepczesz, również po raz ostatni i puszczasz moją dłoń. Widzę, że płaczesz.
- Kocham cię – krzyczę z desperacją w głosie i powolnym krokiem odchodzę.
Ciągnę za sobą małą, czarną walizkę. Otwierają się przede mną drzwi. Odwracam się i ostatni raz spoglądam na ciebie. Ten widok tak bardzo boli, że niemal biegnę na drugą stronę. Drzwi się zamknęły. Zatrzymuję się na chwilę, ale w końcu postanawiam pójść. Wiem, że nie mam wyboru.
***
Trzydziesty września.
Wszystkiego najlepszego, Kochanie. Powodzenia na meczu.
Wiesz, wybrali mi beznadziejny termin na operację. Właśnie dziś, o siedemnastej. W twoje urodziny, w dzień derbów. Nawet nie obejrzę do końca. Ale zdążę zobaczyć jak wybiegasz na boisko. Pozwolili mi, pierwszy raz odkąd tu jestem. To chyba z litości, ale to już nieważne. Ważne, że znów cię zobaczę. Znów zobaczę twój uśmiech, chociaż przyznam, że udało mi się przemycić twoje zdjęcie. Uśmiechasz się na nim. Ale jednak mecz to co innego. Wierzę w ciebie, mama mówiła, że z Chelsea strzeliłeś hat-tricka. Swojego pierwszego w tym sezonie! Oh, gdybyś wiedział, jaka jestem dumna z ciebie. Teraz z niecierpliwością wyczekuję drugiego. Za chwilkę zaczyna się mecz. Mam nawet na szyi swój szalik. Też mi pozwolili.
O, widzę już Thomasa i Wojtka. Zaraz za nimi idzie Jack, Santi, Mikel, Poldi i… Ty. Nie uśmiechasz się, skarbie, gdzie twój uśmiech? Patrzysz nieprzytomnie przed siebie, błagam, nie mów, że coś wczoraj piłeś… Widzę, że oczy masz podkrążone i zaczerwienione od łez. Dlaczego nie śpisz, przecież obiecywałeś? Martwi mnie to, jak wyglądasz, boję się, że coś ci się stanie na boisku. Miałeś o siebie dbać, Kochanie! Z oczu płyną mi łzy, kiedy kamerzysta robi zbliżenie na twoją twarz. Zaczyna się mecz. Mimo zmartwień, grasz wspaniale. Wygrywasz każdy pojedynek, celnie podajesz. Fani na stadionie skandują piosenkę na twoją cześć, a ja cichutko podśpiewuję razem z nimi. Jednak nie udaje się wam strzelić. Pierwsza połowa dobiega końca, zacina mi się transmisja. Do Sali wchodzi lekarz i mówi, że za dwadzieścia minut mam już być gotowa. Nie słucham tego, co mówi. Z niecierpliwością czekam na drugą połowę. Z trudem powstrzymuję się, żeby nie przejrzeć twoich nowych zdjęć. Chcę się zalogować na Twittera, ale zapomniałam, że go usunęłam. W końcu mecz znów się zaczyna. Wyglądasz troszkę lepiej, nawet lekko się uśmiechasz. Nagle do mojej Sali wchodzi pielęgniarka i mówi, że już muszę iść. Zdejmuję szalik i słyszę krzyk komentatora:
Arsenal goooooooooooooool!! Bramkarz nie miał szans, Olivier Giroud strzałem zza pola karnego pokonuje….
Zatrzaskuję laptopa, ale zdążyłam jeszcze zobaczyć jak się cieszycie. Rozpłakałam się na dobre. Pielęgniarka mnie nie pośpieszała. Wyjęłam z pod poduszki twoje zdjęcie i ściskając je najmocniej jak się da, usiadłam na wózek. Na Sali operacyjnej byłam kilka chwil później. Zanim położyłam się na stole, włożyłam pod poduszkę twoje zdjęcie i poprosiłam pielęgniarkę, żeby obcięła mojego długiego warkocza. Z kieszeni piżamy wyjęłam foliową torebkę i kopertę.
- Proszę to dać mojej mamie – powiedziałam. Kobieta pokiwała głową i wyszła na chwilę z pomieszczenia. – Żegnaj, Kochanie – dodałam po chwili i położyłam się.
***
Dwa dni później
Nie udało się. Mogłem się tego spodziewać. Jej mama przywiozła mi jakąś kopertę. Siadam na łóżku, gdzie czuję jeszcze jej zapach i powoli ją otwieram. Pierwsze, co widzę, to długi warkocz, ściśle splecionych czerwonych włosów. Wyjmuję go z opakowania i przyciskam do twarzy. Czuję jej waniliowy szampon i malinowe perfumy. Już nawet nie mam siły płakać. Chcę wyrzucić kopertę, ale wtedy dostrzegam w niej jeszcze jedną, cieńszą. Wyciągam i drżącymi dłońmi, otwieram.

Olivierze,
Jeśli będziesz to czytał, to znaczy, że już się nie zobaczymy. Wiedziałeś, że tak będzie, prawda? Obiecałeś, że się pozbierasz i mam nadzieję, że dotrzymasz obietnicy. Ja swojej dotrzymam. Będę walczyć do samego końca. Chciałabym wrócić, bo czuję niedosyt. Za mało czasu było nam dane. Nie wiem, dlaczego tak się stało, ale nie o tym chcę pisać.
Chcę Ci powiedzieć, że Cię kocham. Kocham Cię tak, jak jeszcze nikogo nie kochałam. Chciałabym móc się Tobą zająć, chciałabym być przy Tobie. Zawsze powtarzałeś, że jestem Twoim światełkiem. Oli, ja nie chcę, żeby ono gasło! Obiecaj, że znajdziesz nowe światełko, nawet jaśniejsze? Obiecaj, dobrze? Chcę, żeby było Ci dobrze, żebyś wygrywał. Po to jesteś w Arsenalu, pamiętasz? Ja przegrałam, ale to nie znaczy, że Ty też musisz. Wręcz przeciwnie. Wygrywaj. Dla mnie, dla siebie, dla drużyny, dla kibiców. Jesteś zwycięzcą, Oli Loli.
Nie mam słów, żeby podziękować Ci za to, co dla mnie zrobiłeś. Uratowałeś mnie, zająłeś się mną. Nie wiem jak mam Ci dziękować, naprawdę. Ale wiem, że muszę. Dziękuje, że wtedy spacerowałeś nad Tamizą, dziękuję za każdą sekundę spędzoną razem, dziękuję, za miłość, którą mi dałeś. Dziękuję, że byłeś cudownym przyjacielem i kochankiem. Dziękuję, że sprawiłeś, że chce mi się żyć. Gdybym miała wybierać… wolałabym nigdy nie dowiedzieć się o chorobie. Ale wyszło inaczej.
Chociaż mogłam się pożegnać.
Olivierze, oddaję Ci moje ostatnie bicie serca.
Twoja na zawsze,
Rachel.



To taki jednopart, wiem, że nieudany, ale czułam potrzebę napisania czegokolwiek. Dedykuję to J., Domi - bo dziś jej urodziny, więc to taki mały prezent i Klaudii. Enjoy.