piątek, 8 lutego 2013

Drink the wine, my darling you said


Budzę się i czuję, że ktoś lub coś mnie obejmuje. To przyjemne uczucie i nie chcę się wyrywać z tego uścisku. Otwieram oczy i widzę, że mój towarzysz jeszcze śpi. Widzę jak jego klatka piersiowa unosi się i opada, słyszę jego rytmiczne bicie serca i miarowy oddech. Wygląda nieziemsko, gdy śpi. Co ja gadam, zawsze wygląda nieziemsko. Upierdolony gównem też wyglądałby bosko, w końcu to ten Giroud. Szczerze mówiąc chyba żaden facet mnie tak jeszcze nie zafascynował. To nie jest jeden z przystojniaczków. Takich jak on można szukać ze świecą. Wszystko w nim jest idealne i chociaż to brzmi jak gadanie zakochanej piętnastolatki, to on też jest idealny. Wprawdzie minął dopiero miesiąc od kiedy jesteśmy razem, ale ja już czuję to coś. Coś, czego nie czułam w żadnym poprzednim związku, uczucie, jakim nie żywiłam żadnego mężczyzny na ziemi. To sprawia, że on jest taki wyjątkowy. To, że go pożądam i że seks nie jest jedyną rzeczą, którą chcę z nim robić. Jest inaczej, zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałam życie z nim. Przecież każdy wie, jak wygląda bożyszcze nastolatek, i jak się okazuje nie tylko nastolatek, Olivier Giroud. Myślisz Giroud, myślisz seks, namiętność, łóżko. Ale on taki nie jest. Wręcz przeciwnie, pan Idealny lubi robić dużo innych rzeczy poza graniem w piłkę i pieprzeniem się po kątach. Co czasem trochę denerwuje. Spacerki, oglądanie filmów, granie w FIFA, chodzenie na basen, gotowanie… i potem o dwudziestej zasypia jak niemowlak i pozostaje mi jedynie patrzenie na niego jak śpi przez jakieś 6-7 godzin, bo ja o dwudziestej się nie położę.
Dziś w nocy miałam szczęście. Chciał się kochać, nie było żadnych spacerków. Od siedemnastej nie wyszliśmy z łóżka i nawet ja się zmęczyłam. Było cudownie, bosko, świetnie, czułam się niewyobrażalnie spełniona…
- Kochanie?  - głos Oliviera wyrwał mnie z zadumy. Spojrzałam na niego i od razu dostrzegłam na jego twarzy uśmiech.
- Hm?
- Nic, chciałem tylko zobaczyć twoją piękną twarz – wymruczał mi do ucha, a ja się zaśmiałam. Mówił to codziennie rano, więc zaczynało to się już robić śmieszne. – No co?
- Nic, nic – odpowiedziałam i wtuliłam się w niego.
Była niedziela, więc nie musiał wstawać na żaden trening, nie musiał się spieszyć na mecz, ani cokolwiek innego związanego z Arsenalem. To był ten dzień, który mogliśmy spędzić razem i przeważnie to robiliśmy, chyba, że coś mu wypadło. Tak, tak, mi dalej nie ma co wypadać, bo jestem bezrobotna, a moim jedynym zajęciem jest opierdalanie się na kanapie w salonie, opieka nad Archiem i Giroud. Nie żeby mi to przeszkadzało. Jeszcze nie widzę sensu w szukaniu pracy, byłabym tylko bardziej wkurwiona. A tak chociaż mogę odpocząć od ciężkiego życia. Nie wydaję kasy na fajki i alkohol (bo jej nie mam, ale to osobna kwestia), więc od razu poprawia się moje zdrowie i kondycja. A mówili, że nie można mieć wszystkiego. Takie pierdolenie o Chopenie, oczywiście, że można. Wystarczy mieć pieniądze, albo bogatego brata i/lub chłopaka.
Podniosłam się powoli i oparłam o ramę łóżka. Francuz wpatrywał się we mnie jak ciele w malowane wrota i dopiero po chwili zorientowałam się, że jestem naga. Zakryłam się kołdrą, ale nie dlatego, że się wstydziłam. Po prostu nie lubiłam jak ktoś się na mnie gapi. Parę minut później Oli leniwie podniósł się z łóżka, włożył bokserki i zszedł na dół. To znaczy prawie zszedł na dół, bo gdzieś w połowie schodów nie wytrzymał tego stresu związanego z patrzeniem w dół i spadł. Zaczął przeklinać każdy stopień po kolei i krzyczał coś po francusku, a jedyne słowo, które zrozumiałam, to „Merde”. Krzyki nie ustępowały, więc założyłam jego koszulę i czarne majtki i zeszłam, żeby zobaczyć, co królewiczowi się stało.
Leżał na samym dole, a oczy miał pełne łez.
- Ja pierdolę, wstawaj ćwoku – warknęłam, kiedy tak na niego patrzyłam. Wyjąkał coś zupełnie dla mnie niezrozumiałego i spojrzał na mnie błagalnie – O nie, nie, nie. Na pewno nie będę cię podnosić, nosić, ani nic innego. Wstawaj, kurwa – dodałam na odchodnym i poszłam do kuchni.
Poszłam tam z zamiarem zjedzenia pysznego śniadania, ale to co, a raczej kogo, tam zastałam, zbiło mnie z tropu. Przy stole, na moim ulubionym miejscu siedział nie kto inny, jak Kieran Gibbs. Obok niego leżał mały bukiet kwiatów i butelka wina. Ściskał w ręku szklankę z wodą i uśmiechnął się niepewnie. Zmierzyłam go wściekłym spojrzeniem, chociaż w głębi duszy miałam ochotę rozryczeć się jak mała dziewczynka.
- Caroline… - zaczął – Caro, przepraszam…
Patrzyłam na niego wściekła i zraniona zarazem. Mówił cicho, więc Giroud raczej tego nie słyszał. Modliłam się, żeby wstał i wygonił stąd Anglika.
- Przepraszasz? – zapytałam cicho, a on pokiwał głową – Przepraszasz?! – wrzasnęłam chwilę później, a on aż podskoczył – Tyle umiesz powiedzieć po tym wszystkim co mi zrobiłeś? Uwierzyłeś mu, uwierzyłeś mu kurwa, że Cię…
- Myślałem… - przerwał mi w połowie zdania. No Gibbs, jeszcze nie wiesz, że tego się nie robi?
- To kurwa nie myśl, bo ci to nie wychodzi! A najlepiej wypierdalaj stąd w podskokach, nie chcę cię znać! – byłam tak zdenerwowana, że nawet nie zauważyłam, jak Olivier wszedł do kuchni.
- Przyniosłem ci kwiaty i twoje ulubione wino – powiedział i uśmiechnął się lekko.
- W dupę sobie wsadź te badyle! – poczułam, że Giroud obejmuje mnie w pasie.
- Spokojnie, Kochanie – szepnął mi do ucha – Kieran, proszę cię, wyjdź, póki ona niczym nie rzuca – poprosił go. On go kurwa poprosił, jakby to była moja wina! Jednak podziałało, Gibbs wyszedł, a z jego twarzy jak zwykle nie można było odczytać żadnych emocji. Zawsze miał taką samą minę. Jak był zły, wesoły, smutny, jak się kochaliśmy, całowaliśmy, jak srał też pewnie miał ten przyprawiający o mdłości wyraz twarzy.
- Dzięki – powiedziałam, oddychając głęboko. Wyjęłam z szafki pudełko z tabletkami i wyjęłam jedną. Momentalnie pomogła. Emocje opadły, a ręce przestały mi się trząść z nerwów.
Giroud usiadł na krześle obok mnie, ale nic nie mówił. Po chwili nie wytrzymałam, z oczu poleciały mi łzy. Francuz przytulił mnie, jednocześnie całując po włosach. Trochę minęło, zanim się w pełni uspokoiłam, ale najważniejsze było w tej chwili to, że miałam kogoś, kto o mnie zadba, przytuli właśnie w takiej chwili i pocieszy. Nie potrzebowałam jego słów, chciałam po prostu jego bliskości i czułości. Boże, ja się zakochałam. Caroline Wilshere się zakochała. I żadne znaki na niebie nie wskazywały na to, że to zaraz minie.
***
Co za beznadzieja. Chciałam dzisiaj iść z chłopakami na mecz, po raz pierwszy od nie wiem kiedy miałam ochotę wyjść z domu i akurat wtedy musiałam się rozchorować. Giroud chciał zostać i się mną zająć, ale wybiliśmy mu z Jackiem ten pomysł z głowy. Obiecałam bratu i jemu, że będę grzecznie leżała pod kołderką w salonie i oglądała mecz w telewizji. Przed wyjściem Francuz zrobił mi wielki dzbanek gorącej herbaty i jakieś jedzenie. Pocałował mnie w czoło i razem z Jackiem pojechali czarnym BMW na stadion. Ułożyłam się wygodnie na kanapie, upiłam łyk zielonej herbaty i włączyłam telewizor. Do meczu były jeszcze cztery godziny, więc oglądałam jakieś durne programy o narkotykach i nastoletnich ciążach. W dupie się tym gówniarom poprzewracało, stać je na najlepsze kosmetyki od Chanel, ale gumek za dwa funty sobie nie kupią. O pigułkach już nie wspominając.
Nawiedziła mnie myśl, że ja mogłabym wpaść. Dwadzieścia dwa lata i dziecko. Zamiast od imprez, oczy miałabym podkrążone od wstawania do ryczącego bachora, zamiast przez seks, zmęczona byłabym od noszenia swojej pociechy i zamiast wydawania pieniędzy na siebie, musiałabym wydawać na takiego małego pasożyta. Odrażające. Pewnie musiałabym iść do pracy, bo wpadłabym niewiadomo z kim i nie miałabym jak potem sobie przypomnieć. Miałabym problem przez osiemnaście lat i pewnie już nigdy nie byłabym tą samą osobą.
Odgoniłam to od siebie i wróciłam do oglądania telewizji. Głowa strasznie mnie bolała, ale nie chciało mi się wstawać po żadne tabletki, więc poprawiłam sobie poduszkę i położyłam na niej znów głowę, z nadzieją, że ból minie. Zgadnijcie – nie minął.
Jedynym plusem tego wszystkiego było to, iż czas leciał strasznie szybko i nawet się nie obejrzałam, a już zaczynał się mecz. Stadion pełen kibiców z niecierpliwością wyczekujących pierwszego gwizdka, to było coś, co kochałam. Zobaczyłam, że piłkarze wychodzą już z tunelu. Najpierw dostrzegłam Jacka, jak zwykle z poważną miną, w stu procentach skupionego, a na samym końcu mojego chłopaka. Uśmiechniętego, podskakującego Oliviera. Na mojej twarzy od razu zagościł uśmiech, wiedziałam, że obaj zagrają cudownie. Że cała drużyna zagra cudownie, nie było innej opcji.
Zaczęli. Już od początku było widać, kto dominuje, no ale z drugiej strony QPR nie jest jakimś specjalnie wymagającym przeciwnikiem. Mieliśmy wyższe posiadanie, praktycznie wszystkie akcje rozgrywaliśmy na połowie przeciwnika, a Szczęsny nie miał zupełnie nic do roboty. Był tylko jeden problem – celność. Zaczynałam się już wkurzać, bo niestety, najwięcej okazji marnował nie kto inny, a Olivier Giroud. Przy trzeciej takiej samej zmarnowanej setce, wysłałam mu smsa. Albo strzelisz, albo zapomnij o seksie do następnego meczu. Musiałam chłopa jakoś zmotywować, bo widocznie krzyki trenera na niego nie działały. Do przerwy utrzymał się wynik 0-0. W przerwie poszłam się wysikać, bo jeszcze chwila, a mój pęcherz albo by pękł, albo zaczął przeciekać od nadmiaru płynów. Przy okazji wzięłam z kuchni tabletki przeciwbólowe i trzy minuty przed rozpoczęciem drugiej połowy wróciłam na kanapę. Przyznam, że zaczęło się robić trochę nerwowo. Jack co chwilę leżał, a ja co chwilę przeżywałam przez to mały zawał, bo bałam się, że coś mu się stanie. Darłam się do telewizora, chociaż ledwo, co mogłam mówić i rzucałam w piłkarzy QPR zużytymi chusteczkami do nosa. Minuty mijały, a gol dalej nie padł. Zaczęłam się denerwować, zdejmowałam i zakładałam koszulkę, w nadziei, że to przyniesie szczęście. Najwidoczniej nie przyniosło. W okolicach siedemdziesiątej minuty chciałam wysłać kolejnego smsa, tym razem do brata, jednak wtedy usłyszałam krzyk komentatora:
            Olivier Giroud pakuje piłkę do siatki!! Jeden do zera!!!
            Zaczęłam się drzeć jak opętana i razem z kibicami śpiewałam przyśpiewkę o Olim. Cieszyłam się, jak byśmy właśnie wygrali Ligę Mistrzów, a to przecież tylko mecz z walczącym o utrzymanie QPR. Niemniej jednak radość nie opuściła mnie już do końca meczu, choć wynik niestety zatrzymał się na 1-0. Kanonady nie było, ale liczyło się jedno – zwycięstwo. Pozostało mi teraz obejrzeć obszerny skrót meczu i wywiady. No i czekać na chłopaków.
Usiadłam na kanapie i wtedy zobaczyłam, że dostałam smsa. Od Giroud.
Wiesz, w której minucie strzeliłem? Wiesz co to znaczy? Oli.
Szczerze mówiąc, to nie wiedziałam, co to znaczy i dopiero kiedy sprawdziłam minutę, zrozumiałam. Sześćdziesiąta dziewiąta. No tak, można się było tego po nim spodziewać. Zaśmiałam się w myślach i odłożyłam telefon. Dzisiaj i tak nie ma na co liczyć.  Znów się położyłam, bo zaczęła mnie boleć głowa. Chciałam zasnąć, ale wiedziałam, że chłopacy pewnie zaraz wrócą, więc nie chciałam przegapić ich przyjścia. Włączyłam jakąś stację muzyczną i wyjęłam spod poduszki książkę. Nie wiem nawet, jaki miała tytuł, bo okładka była wyrwana, a ja otworzyłam ją mniej więcej w środku. Przeczytałam kilka zdań, ale nie spodobały mi się za bardzo, więc schowałam książkę w jej miejsce. Nie miałam co robić, miałam ochotę się napić albo przytulić go Giroud, ale w tej chwili nie mogłam mieć ani jednego, ani drugiego, więc wpatrywałam się w ekran telewizora. Po jakiejś godzinie usłyszałam, że dwa te dwa barany wróciły do domu. Oli od razu wbiegł do salonu i wyściskał mnie, jakbyśmy się nie widzieli ze dwa miesiące. Pogratulowałam mu bramki i zwycięstwa, a on uśmiechnął się szeroko. Zrobiłam mu trochę miejsca na kanapie i złapałam go za rękę.
- Jak się czujesz, siostrzyczko? – zapytał Jack, któremu rozebranie się zajęło trochę więcej czasu.
- W porządku, głowa mnie tylko boli – wydukałam – Jak tam po meczu?
- Super! Trzy punkty są i to najważniejsze – odpowiedział rozpromieniony. Cieszyłam się, że jest szczęśliwy.
Uśmiechnęłam się do niego i chciałam wstać, żeby przytulić się do niego, ale Giroud mnie zatrzymał. Chyba chciał zrobić groźną minę, ale wyglądał raczej jakby powstrzymywał się od puszczenia bąka na jakimś ważnym spotkaniu. Opadłam z powrotem na kanapę i wpatrywałam się w niego. Rozmawiali o czymś z Jackiem, ale nie za bardzo wiedziałam o czym, poza tym nie chciało mi się za bardzo słuchać. Wyłączyłam tylko muzykę, bo zaczęła mnie wkurzać. Leżałam więc i patrzyłam na mojego chłopaka. Na jego idealne rysy twarzy, wystające kości policzkowe, na jego usta i oczy. Był tym typem faceta, który wygląda seksownie z trzydniowym zarostem, ale też bez niego. Cieszył mnie jego uśmiech, cieszyło mnie to, że cały czas trzyma mnie za rękę. Cieszyło mnie, że tu jest, że dałam nam szansę. Wygrałam wojnę i już nigdy go nie wypuszczę. Chcę, żeby już zawsze tu był. Na tej kanapie, trzymając mnie za rękę i uśmiechając się.
Tylko jego pragnęłam.




Przyznam, że nie wiem, co się ze mną dzieje. Drugi dzień z rzędu coś napisałam. Przepraszam, że mała ilość, marna jakość, ale zanim wrócę do formy [o ile takową miałam] to pewnie minie trochę czasu. Rozdział sponsorowany przeze mnie i tego pana:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz