Budzę
się i czuję, że ktoś lub coś mnie obejmuje. To przyjemne uczucie i nie chcę się
wyrywać z tego uścisku. Otwieram oczy i widzę, że mój towarzysz jeszcze śpi.
Widzę jak jego klatka piersiowa unosi się i opada, słyszę jego rytmiczne bicie
serca i miarowy oddech. Wygląda nieziemsko, gdy śpi. Co ja gadam, zawsze
wygląda nieziemsko. Upierdolony gównem też wyglądałby bosko, w końcu to ten
Giroud. Szczerze mówiąc chyba żaden facet mnie tak jeszcze nie zafascynował. To
nie jest jeden z przystojniaczków.
Takich jak on można szukać ze świecą. Wszystko w nim jest idealne i chociaż to
brzmi jak gadanie zakochanej piętnastolatki, to on też jest idealny. Wprawdzie
minął dopiero miesiąc od kiedy jesteśmy razem, ale ja już czuję to coś. Coś,
czego nie czułam w żadnym poprzednim związku, uczucie, jakim nie żywiłam żadnego
mężczyzny na ziemi. To sprawia, że on jest taki wyjątkowy. To, że go pożądam i
że seks nie jest jedyną rzeczą, którą chcę z nim robić. Jest inaczej, zupełnie
inaczej niż sobie wyobrażałam życie z nim. Przecież każdy wie, jak wygląda
bożyszcze nastolatek, i jak się okazuje nie tylko nastolatek, Olivier Giroud.
Myślisz Giroud, myślisz seks, namiętność, łóżko. Ale on taki nie jest. Wręcz
przeciwnie, pan Idealny lubi robić dużo innych rzeczy poza graniem w piłkę i
pieprzeniem się po kątach. Co czasem trochę denerwuje. Spacerki, oglądanie
filmów, granie w FIFA, chodzenie na basen, gotowanie… i potem o dwudziestej
zasypia jak niemowlak i pozostaje mi jedynie patrzenie na niego jak śpi przez
jakieś 6-7 godzin, bo ja o dwudziestej się nie położę.
Dziś
w nocy miałam szczęście. Chciał się kochać, nie było żadnych spacerków. Od
siedemnastej nie wyszliśmy z łóżka i nawet ja się zmęczyłam. Było cudownie,
bosko, świetnie, czułam się niewyobrażalnie spełniona…
-
Kochanie? - głos Oliviera wyrwał mnie z
zadumy. Spojrzałam na niego i od razu dostrzegłam na jego twarzy uśmiech.
-
Hm?
-
Nic, chciałem tylko zobaczyć twoją piękną twarz – wymruczał mi do ucha, a ja
się zaśmiałam. Mówił to codziennie rano, więc zaczynało to się już robić śmieszne.
– No co?
-
Nic, nic – odpowiedziałam i wtuliłam się w niego.
Była
niedziela, więc nie musiał wstawać na żaden trening, nie musiał się spieszyć na
mecz, ani cokolwiek innego związanego z Arsenalem. To był ten dzień, który
mogliśmy spędzić razem i przeważnie to robiliśmy, chyba, że coś mu wypadło.
Tak, tak, mi dalej nie ma co wypadać, bo jestem bezrobotna, a moim jedynym
zajęciem jest opierdalanie się na kanapie w salonie, opieka nad Archiem i
Giroud. Nie żeby mi to przeszkadzało. Jeszcze nie widzę sensu w szukaniu pracy,
byłabym tylko bardziej wkurwiona. A tak chociaż mogę odpocząć od ciężkiego
życia. Nie wydaję kasy na fajki i alkohol (bo jej nie mam, ale to osobna
kwestia), więc od razu poprawia się moje zdrowie i kondycja. A mówili, że nie
można mieć wszystkiego. Takie pierdolenie o Chopenie, oczywiście, że można.
Wystarczy mieć pieniądze, albo bogatego brata i/lub chłopaka.
Podniosłam
się powoli i oparłam o ramę łóżka. Francuz wpatrywał się we mnie jak ciele w
malowane wrota i dopiero po chwili zorientowałam się, że jestem naga. Zakryłam
się kołdrą, ale nie dlatego, że się wstydziłam. Po prostu nie lubiłam jak ktoś
się na mnie gapi. Parę minut później Oli leniwie podniósł się z łóżka, włożył bokserki
i zszedł na dół. To znaczy prawie zszedł na dół, bo gdzieś w połowie schodów
nie wytrzymał tego stresu związanego z patrzeniem w dół i spadł. Zaczął
przeklinać każdy stopień po kolei i krzyczał coś po francusku, a jedyne słowo,
które zrozumiałam, to „Merde”. Krzyki nie ustępowały, więc założyłam jego
koszulę i czarne majtki i zeszłam, żeby zobaczyć, co królewiczowi się stało.
Leżał
na samym dole, a oczy miał pełne łez.
-
Ja pierdolę, wstawaj ćwoku – warknęłam, kiedy tak na niego patrzyłam. Wyjąkał
coś zupełnie dla mnie niezrozumiałego i spojrzał na mnie błagalnie – O nie,
nie, nie. Na pewno nie będę cię podnosić, nosić, ani nic innego. Wstawaj, kurwa
– dodałam na odchodnym i poszłam do kuchni.
Poszłam
tam z zamiarem zjedzenia pysznego śniadania, ale to co, a raczej kogo, tam
zastałam, zbiło mnie z tropu. Przy stole, na moim ulubionym miejscu siedział
nie kto inny, jak Kieran Gibbs. Obok niego leżał mały bukiet kwiatów i butelka
wina. Ściskał w ręku szklankę z wodą i uśmiechnął się niepewnie. Zmierzyłam go
wściekłym spojrzeniem, chociaż w głębi duszy miałam ochotę rozryczeć się jak
mała dziewczynka.
-
Caroline… - zaczął – Caro, przepraszam…
Patrzyłam
na niego wściekła i zraniona zarazem. Mówił cicho, więc Giroud raczej tego nie
słyszał. Modliłam się, żeby wstał i wygonił stąd Anglika.
-
Przepraszasz? – zapytałam cicho, a on pokiwał głową – Przepraszasz?! –
wrzasnęłam chwilę później, a on aż podskoczył – Tyle umiesz powiedzieć po tym
wszystkim co mi zrobiłeś? Uwierzyłeś mu, uwierzyłeś mu kurwa, że Cię…
-
Myślałem… - przerwał mi w połowie zdania. No Gibbs, jeszcze nie wiesz, że tego
się nie robi?
-
To kurwa nie myśl, bo ci to nie wychodzi! A najlepiej wypierdalaj stąd w
podskokach, nie chcę cię znać! – byłam tak zdenerwowana, że nawet nie zauważyłam,
jak Olivier wszedł do kuchni.
-
Przyniosłem ci kwiaty i twoje ulubione wino – powiedział i uśmiechnął się
lekko.
-
W dupę sobie wsadź te badyle! – poczułam, że Giroud obejmuje mnie w pasie.
-
Spokojnie, Kochanie – szepnął mi do ucha – Kieran, proszę cię, wyjdź, póki ona
niczym nie rzuca – poprosił go. On go kurwa poprosił, jakby to była moja wina!
Jednak podziałało, Gibbs wyszedł, a z jego twarzy jak zwykle nie można było odczytać
żadnych emocji. Zawsze miał taką samą minę. Jak był zły, wesoły, smutny, jak
się kochaliśmy, całowaliśmy, jak srał też pewnie miał ten przyprawiający o
mdłości wyraz twarzy.
-
Dzięki – powiedziałam, oddychając głęboko. Wyjęłam z szafki pudełko z
tabletkami i wyjęłam jedną. Momentalnie pomogła. Emocje opadły, a ręce
przestały mi się trząść z nerwów.
Giroud
usiadł na krześle obok mnie, ale nic nie mówił. Po chwili nie wytrzymałam, z
oczu poleciały mi łzy. Francuz przytulił mnie, jednocześnie całując po włosach.
Trochę minęło, zanim się w pełni uspokoiłam, ale najważniejsze było w tej
chwili to, że miałam kogoś, kto o mnie zadba, przytuli właśnie w takiej chwili
i pocieszy. Nie potrzebowałam jego słów, chciałam po prostu jego bliskości i
czułości. Boże, ja się zakochałam. Caroline Wilshere się zakochała. I żadne
znaki na niebie nie wskazywały na to, że to zaraz minie.
***
Co
za beznadzieja. Chciałam dzisiaj iść z chłopakami na mecz, po raz pierwszy od
nie wiem kiedy miałam ochotę wyjść z domu i akurat wtedy musiałam się
rozchorować. Giroud chciał zostać i się mną zająć, ale wybiliśmy mu z Jackiem
ten pomysł z głowy. Obiecałam bratu i jemu, że będę grzecznie leżała pod
kołderką w salonie i oglądała mecz w telewizji. Przed wyjściem Francuz zrobił
mi wielki dzbanek gorącej herbaty i jakieś jedzenie. Pocałował mnie w czoło i
razem z Jackiem pojechali czarnym BMW na stadion. Ułożyłam się wygodnie na
kanapie, upiłam łyk zielonej herbaty i włączyłam telewizor. Do meczu były
jeszcze cztery godziny, więc oglądałam jakieś durne programy o narkotykach i
nastoletnich ciążach. W dupie się tym gówniarom poprzewracało, stać je na
najlepsze kosmetyki od Chanel, ale gumek za dwa funty sobie nie kupią. O
pigułkach już nie wspominając.
Nawiedziła
mnie myśl, że ja mogłabym wpaść. Dwadzieścia dwa lata i dziecko. Zamiast od
imprez, oczy miałabym podkrążone od wstawania do ryczącego bachora, zamiast
przez seks, zmęczona byłabym od noszenia swojej pociechy i zamiast wydawania
pieniędzy na siebie, musiałabym wydawać na takiego małego pasożyta. Odrażające.
Pewnie musiałabym iść do pracy, bo wpadłabym niewiadomo z kim i nie miałabym
jak potem sobie przypomnieć. Miałabym problem przez osiemnaście lat i pewnie
już nigdy nie byłabym tą samą osobą.
Odgoniłam
to od siebie i wróciłam do oglądania telewizji. Głowa strasznie mnie bolała,
ale nie chciało mi się wstawać po żadne tabletki, więc poprawiłam sobie
poduszkę i położyłam na niej znów głowę, z nadzieją, że ból minie. Zgadnijcie –
nie minął.
Jedynym
plusem tego wszystkiego było to, iż czas leciał strasznie szybko i nawet się
nie obejrzałam, a już zaczynał się mecz. Stadion pełen kibiców z
niecierpliwością wyczekujących pierwszego gwizdka, to było coś, co kochałam.
Zobaczyłam, że piłkarze wychodzą już z tunelu. Najpierw dostrzegłam Jacka, jak
zwykle z poważną miną, w stu procentach skupionego, a na samym końcu mojego
chłopaka. Uśmiechniętego, podskakującego Oliviera. Na mojej twarzy od razu
zagościł uśmiech, wiedziałam, że obaj zagrają cudownie. Że cała drużyna zagra
cudownie, nie było innej opcji.
Zaczęli.
Już od początku było widać, kto dominuje, no ale z drugiej strony QPR nie jest
jakimś specjalnie wymagającym przeciwnikiem. Mieliśmy wyższe posiadanie,
praktycznie wszystkie akcje rozgrywaliśmy na połowie przeciwnika, a Szczęsny
nie miał zupełnie nic do roboty. Był tylko jeden problem – celność. Zaczynałam się
już wkurzać, bo niestety, najwięcej okazji marnował nie kto inny, a Olivier
Giroud. Przy trzeciej takiej samej zmarnowanej setce, wysłałam mu smsa. Albo strzelisz, albo zapomnij o seksie do
następnego meczu. Musiałam chłopa jakoś zmotywować, bo widocznie krzyki
trenera na niego nie działały. Do przerwy utrzymał się wynik 0-0. W przerwie
poszłam się wysikać, bo jeszcze chwila, a mój pęcherz albo by pękł, albo zaczął
przeciekać od nadmiaru płynów. Przy okazji wzięłam z kuchni tabletki
przeciwbólowe i trzy minuty przed rozpoczęciem drugiej połowy wróciłam na
kanapę. Przyznam, że zaczęło się robić trochę nerwowo. Jack co chwilę leżał, a
ja co chwilę przeżywałam przez to mały zawał, bo bałam się, że coś mu się
stanie. Darłam się do telewizora, chociaż ledwo, co mogłam mówić i rzucałam w
piłkarzy QPR zużytymi chusteczkami do nosa. Minuty mijały, a gol dalej nie
padł. Zaczęłam się denerwować, zdejmowałam i zakładałam koszulkę, w nadziei, że
to przyniesie szczęście. Najwidoczniej nie przyniosło. W okolicach
siedemdziesiątej minuty chciałam wysłać kolejnego smsa, tym razem do brata,
jednak wtedy usłyszałam krzyk komentatora:
Olivier
Giroud pakuje piłkę do siatki!! Jeden do zera!!!
Zaczęłam się drzeć jak opętana i
razem z kibicami śpiewałam przyśpiewkę o Olim. Cieszyłam się, jak byśmy właśnie
wygrali Ligę Mistrzów, a to przecież tylko mecz z walczącym o utrzymanie QPR.
Niemniej jednak radość nie opuściła mnie już do końca meczu, choć wynik
niestety zatrzymał się na 1-0. Kanonady nie było, ale liczyło się jedno –
zwycięstwo. Pozostało mi teraz obejrzeć obszerny skrót meczu i wywiady. No i
czekać na chłopaków.
Usiadłam
na kanapie i wtedy zobaczyłam, że dostałam smsa. Od Giroud.
Wiesz, w której minucie strzeliłem? Wiesz
co to znaczy? Oli.
Szczerze
mówiąc, to nie wiedziałam, co to znaczy i dopiero kiedy sprawdziłam minutę,
zrozumiałam. Sześćdziesiąta dziewiąta. No tak, można się było tego po nim
spodziewać. Zaśmiałam się w myślach i odłożyłam telefon. Dzisiaj i tak nie ma
na co liczyć. Znów się położyłam, bo
zaczęła mnie boleć głowa. Chciałam zasnąć, ale wiedziałam, że chłopacy pewnie
zaraz wrócą, więc nie chciałam przegapić ich przyjścia. Włączyłam jakąś stację
muzyczną i wyjęłam spod poduszki książkę. Nie wiem nawet, jaki miała tytuł, bo okładka
była wyrwana, a ja otworzyłam ją mniej więcej w środku. Przeczytałam kilka
zdań, ale nie spodobały mi się za bardzo, więc schowałam książkę w jej miejsce.
Nie miałam co robić, miałam ochotę się napić albo przytulić go Giroud, ale w
tej chwili nie mogłam mieć ani jednego, ani drugiego, więc wpatrywałam się w
ekran telewizora. Po jakiejś godzinie usłyszałam, że dwa te dwa barany wróciły
do domu. Oli od razu wbiegł do salonu i wyściskał mnie, jakbyśmy się nie
widzieli ze dwa miesiące. Pogratulowałam mu bramki i zwycięstwa, a on
uśmiechnął się szeroko. Zrobiłam mu trochę miejsca na kanapie i złapałam go za
rękę.
-
Jak się czujesz, siostrzyczko? – zapytał Jack, któremu rozebranie się zajęło
trochę więcej czasu.
-
W porządku, głowa mnie tylko boli – wydukałam – Jak tam po meczu?
-
Super! Trzy punkty są i to najważniejsze – odpowiedział rozpromieniony.
Cieszyłam się, że jest szczęśliwy.
Uśmiechnęłam
się do niego i chciałam wstać, żeby przytulić się do niego, ale Giroud mnie
zatrzymał. Chyba chciał zrobić groźną minę, ale wyglądał raczej jakby powstrzymywał
się od puszczenia bąka na jakimś ważnym spotkaniu. Opadłam z powrotem na kanapę
i wpatrywałam się w niego. Rozmawiali o czymś z Jackiem, ale nie za bardzo
wiedziałam o czym, poza tym nie chciało mi się za bardzo słuchać. Wyłączyłam tylko
muzykę, bo zaczęła mnie wkurzać. Leżałam więc i patrzyłam na mojego chłopaka. Na jego idealne rysy
twarzy, wystające kości policzkowe, na jego usta i oczy. Był tym typem faceta,
który wygląda seksownie z trzydniowym zarostem, ale też bez niego. Cieszył mnie
jego uśmiech, cieszyło mnie to, że cały czas trzyma mnie za rękę. Cieszyło
mnie, że tu jest, że dałam nam szansę. Wygrałam wojnę i już nigdy go nie
wypuszczę. Chcę, żeby już zawsze tu był. Na tej kanapie, trzymając mnie za rękę
i uśmiechając się.
Tylko
jego pragnęłam.
Przyznam, że nie wiem, co się ze mną dzieje. Drugi dzień z rzędu coś napisałam. Przepraszam, że mała ilość, marna jakość, ale zanim wrócę do formy [o ile takową miałam] to pewnie minie trochę czasu. Rozdział sponsorowany przeze mnie i tego pana:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz